Opublikowano Jesień/Zima 2015
Opowiem ci historię o tym, jak powstał świat. Obiecuję, że ta historia nie jest całkowicie nieprawdziwa.
Starsi Jorubowie mówią, że na początku świata było tylko niebo i woda. Najwyższa Istota, Olórun, rządziła firmamentami, podczas gdy Boska Kobiecość, Olokun, była władcą wzburzonych mórz. Pewnego dnia Obatala, syn Olóruna, poczuł się niespokojny i chciał stworzyć świat pomiędzy pierwotnym morzem a cichym niebem. Świat lasów, zieleni i gór. Skonsultował się ze swoim starszym bratem, Orunmilą, bogiem przepowiedni — najmądrzejszym z bogów: „Zrób złoty łańcuch”, powiedział jasnowidz Orunmila. „I znajdź z nim czarnego kota, białą kurę i orzech palmowy. Następnie wypełnij muszlę ślimaka piaskiem i zejdź w głębiny wody”. Obatala posłuchał, schodząc w dół, w dół, w dół po złotym łańcuchu, który wisiał w rogu nieba.
Gdy Obatala był już niedaleko ruchomej powierzchni oceanu, Orunmila szepnął mu, co ma teraz zrobić. Z worka, który owinął wokół piersi, Obatala wysypał piasek ze skorupy ślimaka, a piasek stał się dużymi połaciami równin. Gdy biała kura została wypędzona, dziobała tu i tam, rozrzucając stos piasku, rozprowadzając go skrzydłami i tworząc góry, doliny i kontynenty. Za pomocą orzecha palmowego Obatala zasadził lasy, które wydały przyjemne owoce, które wyżywiły ludzi, których później stworzył. Zadowolony z tego, niebiański gość wziął czarnego kota — swojego pierwszego ziemskiego towarzysza — i osiedlił się na bezimiennym kawałku ziemi, nazywając go „Ile Ife” — domem ludu Joruba do dziś.
Pierwszy raz usłyszałem tę historię, gdy byłem uczniem — mój nos wciąż mokry od rosy niewinności, moje oczy jeszcze nie zgwałcone przez cyniczną rozpacz, która teraz prześladuje mój lud. Kiedy jednak nasz nauczyciel opowiedział nam tę historię, zrobił to z rodzajem dwulicowej zdrady, która uświadomiła nam, że nie mamy wierzyć ani jednemu jej słowu. W końcu alchemiczna podróż Obatali do serca rzeczy była po prostu starą historią, którą nasi ojcowie, błądząc w gąszczu własnej nieświadomości, opowiadali swoim dzieciom, aby kazały im siedzieć spokojnie. Teraz mieliśmy ogień — mieliśmy opowieść o niespokojnej schadzce między mężczyzną, kobietą i jabłkiem, która pomogła nam zrozumieć nasze niepochlebne pochodzenie. Dzięki nauce, prawdziwej wiedzy, mieliśmy opis niewytłumaczalnej eksplozji na początku czasu, eksplozji, która rozpoczęła ten gorączkowy przypływ szaleństwa, który nazywamy życiem. W wielkim schemacie rzeczy nie było miejsca dla Obatali i jego złotej liny. Nie było miejsca dla mojego ludu. Nie było dla mnie miejsca.
Musiałem doskonale rozumieć moich nauczycieli, ponieważ dorastałem z dręczącym poczuciem nieadekwatności i niższości, podobnie jak inni przedstawiciele mojego pokolenia. Moi nauczyciele mówili mi to, co mówili im ich własni nauczyciele, więc to nie była ich wina — że się myliliśmy, że nasze poczucie świętości i sposoby życia były szczerymi wysiłkami zwiedzionych ludzi, skazą czekającą na antyseptyczne dawki bardziej wyrafinowanej kultury.
„Widzisz ten samochód? Czy słyszysz buczenie jego silnika?” – mógłby zapytać jeden z moich nauczycieli. „To nie nasze tykwy i pieśni je stworzyły. Biały człowiek przyniósł nam szkołę, technologię, rozwój i prawdziwą religię. Wszystko, co musimy zrobić, to uważnie słuchać u stóp naszych mesjaszy”.
Nigdy nie kwestionowałem tej historii. Przyjąłem ją i uczyniłem swoją. Byłem zafascynowany tą doktryną odległej prawdy, tak potężnej, że nasza nie miała dla mnie znaczenia. Nie zdając sobie z tego sprawy, zacząłem oddalać się od mojego ludu — oczywiście, pomagali mi moi własni ludzie, sami zagubieni w wyścigu szczurów o niepodległość, który przerywał ich tykwy i pieśni.
Dorastałem, ucząc się, że mówienie jak Amerykanin oznacza bycie uprzywilejowanym i lepszym. Dlatego ciężko pracowałem nad dyscyplinowaniem naturalnej nieporadności moich ust, używając dźwięku „schwa” — wymawiając słowo takie jak „ojciec” z wdziękiem i opanowaniem właściwym dla Nowojorczyka, a nie z „grubością” mojego własnego języka.
Siedziałem na czele każdej klasy, zdesperowany, by zadowolić moich nauczycieli, podnosząc rękę przy najmniejszej sugestii pytania. Widzicie, byłem przekonany w sposób, który nie wymagał prawie żadnej artykulacji, że jeśli zdobędę wykształcenie, będę mógł wznieść się ponad gruzy mojej własnej kultury dzwonków i gwizdków i zająć swoje miejsce w konstelacji godnych… i że jeśli zrozumiem niepodważalną naturę rzeczy, będę mógł znaleźć niewzruszony grunt, na którym będę mógł zbudować prawdziwą przyszłość dla siebie.
Pamiętam, jak w jedną niedzielę trzy razy odpowiadałem na wezwanie naszego pastora do zbawienia. To był dość duży kościół — więc nie zauważyłby dzieciaka, który czekał na kolejne nabożeństwa, aby zostać „całkowicie zbawionym” od swoich grzechów. Później, na uniwersytecie, przełożyłem swoją hiperreligijność na ascetyczne dążenie do absolutnej pewności. Moje dążenie do absolutnej prawdy było tak nieustępliwe, że jako student psychologii przeczytałem Bhagawadgitę, Koran, dziesiątki konkordancji biblijnych, książki o fizyce kwantowej, chemii, teologii systematycznej, historii i teorii ewolucji Darwina. Moim celem nie było nic innego, jak tylko głoszenie ostatecznego punktu widzenia — prawdy tak absolutnej, że zamykała usta niedowiarkom.
Oczywiście, nie muszę wspominać, że moje eksperymenty z odkrywaniem prawdy absolutnej zakończyły się niepowodzeniem — nie dlatego, że nie starałem się wystarczająco mocno. To była pewna żądza życia, która mnie wykończyła. To był osierocony promień słońca, który padł na moje oczy; to był moment nad brzegiem morza, kiedy wnikanie wody sprawia, że człowiek zmaga się ze słowami; to były łzy przyjaciela; to była miłość od pierwszego wejrzenia. To w takich momentach człowiek zdaje sobie sprawę, że świat jest zbyt duży, aby go skondensować do jednej konwencji językowej, zbyt rozwiązły, aby pozostać wiernym jednej koncepcji. Przez lata gorączkowo dążyłem do jednego doskonałego i spójnego światopoglądu, właściwej odpowiedzi, ostatecznej fabuły. Zamiast tego natknąłem się na historię i ciche uświadomienie sobie, że prawda nie wystarczy. W obliczu niepoliczalnej różnorodności kosmologii, wiedzy i rzeczywistości, monizm epistemiczny nie był już opcją.
Dziś widzę, że ludzie z Globalnego Południa są nadal uwięzieni w jednej ideologii, która dewaluuje opowieści Obatali — surowy monolog, który uwarunkował nas do postrzegania siebie jako części maszyny, naszego życia jako ucieleśnienia współczesnej potrzeby nieograniczonej konsumpcji, naszej kultury jako kosmetycznych odstępstw od tego, co naprawdę realne, naszej mądrości i rytuałów jako podporządkowanych logiczno-empirycznej rzeczywistości, a ziemi jako pożywki dla wzrostu gospodarczego.
Pracowaliśmy pod wpływem idei, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, że kiedy mówimy o subtelnych światach, niewidzialnych krajobrazach i świętym aktywizmie, mówimy bzdury. Przyjęliśmy, że istnieje tylko jeden sposób na bycie na świecie, a ten sposób jest pewny, oczywisty i bez alternatyw — przynajmniej dla zdrowych, rozsądnych ludzi. Próbowaliśmy przyjąć język i założenia rozwoju i postępu; zmusić nasze oczy, aby widziały jedzenie jako produkt rynku, a nie dar; zdewaluować nasze marzenia o sensownej pracy jako puste, jeśli nie oparte na motywacji do zarabiania pieniędzy. Ale krążą pogłoski o starożytnych przyszłościach i zaczynamy dostrzegać, że ta monokultura umysłu nie służy już różnorodności i ekspansywności istot ludzkich i innych niż ludzkie; widzimy, jak jeden uzurpował sobie wielu. Widzimy — tak jak ty — że wzrost nie wystarczy.
Z powodu krzywego modelu życia żyjemy w ogólnej kulturze, która nagradza szybkich, ograniczonych, przewrotnych i mężczyzn, którzy zostawiają swoich towarzyszy na uboczu, by umarli. Kultura, która karze współczucie, małość, niepewność i intymność. Dla wzrostu, dla tego pędu do supremacji zastawiamy to, co czyni nas atrakcyjnymi. Oddajemy geniusz bycia żywym, naszą głęboką różnorodność. Ta wyjątkowa prawda, ta pewność z jej roszczeniami do uniwersalnej ważności, ten jeden sposób poznania, obiecywały nam bogactwo i pokój. Zyski rosły, ale nasze drzewa, domy i ziemie były lekceważone; staliśmy się bardziej wydajni, ale nasza wydajność wyparła nasze kultury i języki.
Teraz nie możemy już dłużej znosić struktury ekonomicznej i ideologicznego monologu, który uważa nasz dobrobyt za coś drugorzędnego, nasze ziemie za bezduszną masę brudu czekającą na kapitalistyczne odkupienie, a nasze kultury za kosmetyczne odwrócenie uwagi od poważniejszego biznesu zarabiania większych pieniędzy. Nie możemy zbyt długo słuchać przechwałek piksela udającego, że jest całym obrazem.
Bayo, Ej i Alethea Akomolafe. fotografia | James River Richmond
Pozwólcie mi powiedzieć, że kryzys, z którym mierzymy się jako gatunek, nie jest jedynie ekonomiczny, jest epistemiczny: stajemy w obliczu paraliżującej utraty pewności, wykorzenienia mitologicznych podstaw, na których powoli wymyśliliśmy nowoczesną kulturę. Stajemy w obliczu końca prawdy. To niebezpieczne czasy. Ale w tym tkwi blask naszej chwili, piękno, któremu, jak podejrzewam, służy techne decentralizacji: prawda jest złamana, pomarszczona, a na jej miejscu jest tysiąc drzazg historii. To jest siła dnia dzisiejszego. To nadzieja innego przekonania, że w pulsujących fraktalach całości, w kałużach odnowy i oporu, ludzie wszędzie mogą rozpoznać, że za połyskiem globalnego gigantyzmu, za nawałnicą reklam i za pewnością liczb kryje się zinstytucjonalizowana niechęć ludzi do życia własnym życiem. W tym systemie nie jesteśmy wcale aktorami społecznymi; jesteśmy społecznymi wynikami — marionetkami przywiązanymi do sznurków ukrytego brzuchomówcy. To jest układ gospodarczy, który nazywamy „normalnym”.
Wade Davis powiedział: „Istnieje rzeczywiście ogień płonący nad ziemią, który zabiera ze sobą rośliny i zwierzęta, kultury, języki, starożytne umiejętności i wizjonerską mądrość. Ugaszenie tego płomienia i ponowne wynalezienie poezji różnorodności jest być może najważniejszym wyzwaniem naszych czasów”.
Wezwanie do lokalizacji jest odpowiedzią na poezję różnorodności i pokrywa się z tym końcem prawdy, z odrzuceniem „kompletnego słownika” — tego systemu wyznań, który kiedyś nas wciągnął i w którego ciasnym zakładzie piękna różnorodność światów wciąż walczy o oddech. Decentralizacja ekonomiczna, napędzana uświadomieniem sobie, że istnieje wiele sposobów poznania i bycia na świecie, pokrywa się z tą planetarną potrzebą zabawy nowymi formami, ożywienia bałaganu bycia żywym, porzucenia skorumpowanego bezpieczeństwa monologu i wyruszenia w dzicz, którą kiedyś nazywaliśmy domem. Oznacza to, że uczymy się wracać do domu, do siebie. Budowa świątyni bez wież. Odzyskujemy naszą władzę, kiedyś zainwestowaną w agencje międzyrządowe, traktaty handlowe, państwa narodowe i politykę trójdzielną.
Czy mogę zaryzykować stwierdzenie, że naszym najistotniejszym nakazem dzisiaj — jeśli wolno nam mówić w ten sposób — jest odzyskanie grubości naszych języków i poznanie imion i twarzy naszych sąsiadów; to uświadomienie sobie, że nasz światopogląd to tylko tytuł w niekończącym się zdaniu; to dostrzeżenie, że istnieje więcej sposobów nauki, niż szkoła i wypolerowane stopnie naukowe mogłyby kiedykolwiek pomieścić, i więcej sposobów życia, niż można by ująć w poście na Facebooku. Nakazem jest uznanie, że nasze teorie zmiany muszą się zmienić i że pilność nie zawsze jest funkcją zwiększonego wysiłku i logicznej spójności. Musimy ponownie zapoznać się z sojusznikami, których nie widać, zbyt subtelnymi dla współczesnego oka, i zapomnianymi ludzkimi zdolnościami, które są cudowne ponad wszelką miarę, zbyt oburzające dla racjonalnego myślenia. Musimy uznać, że nasze kryzysy wynikają z zbyt ścisłego trzymania się jednej historii, z picia z jednego wysychającego źródła, podczas gdy inne płyną bez opieki. To uznanie oznacza również, że nie ma wygodnych „innych”, wygodnych wrogów i że to my jesteśmy systemami, którym się sprzeciwiamy. Oznacza to przyznanie, że nie znamy odpowiedzi, mniej mówimy o pytaniach — i to jest w porządku.
Nowa polityka nadziei, którą sobie wyobrażamy, nie dotyczy tak bardzo poprawnych odpowiedzi. Dotyczy nas — nas jako aspektów naszych ekosystemów, naszych kultur i naszych relacji. To poetycka nadzieja, którą moja siła życiowa, Ej, nasza córka, Alethea, i ja żywimy, gdy wyruszamy na poszukiwanie życia i rozwoju w szerszym spektrum wartości, aby zaufać, że życie to coś więcej niż potrzeba konsumpcji, aby odpocząć w świadomości, że nigdy nie jesteśmy sami i nie możemy być. Dlatego cieszę się, że mogę pracować na rzecz bardziej sprawiedliwego świata, zjednoczyć się, aby nalegać na podstępność korporacyjnej monokultury i obietnicę społeczności.
A Obatala? Cóż, wrócił na tę złotą linę, która wciąż wisi w kącie nieba — jeśli tylko spróbujesz to zauważyć. Sądzę, że przyjęto go jak bohatera i ugoszczono wielką ucztą. Lubię myśleć, że Orunmila, jego starszy brat bóg, naciskał na niego, by raczył panteon opowieściami o pierwszych stworzonych przez niego ludziach, o tym, co robili ze swoim czasem, a zwłaszcza o tym, czy wiernie uczył ich pieśni bogów. I w chwili głębokiej wdzięczności, z uśmiechem, który rozciąga się na nasze czasy i koi naszą tęsknotę za piękniejszym światem, powiedziałby: „Tak. Śpiewali pięknie — bo śpiewali tysiącem języków”.

COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
1 PAST RESPONSES
Learning to simply “be” with those you love and who love you is enough, more than enough because it blesses the universe. }:- a.m.