Są takie pory bytu, kiedy płaszcz bezsensu wydaje się zsuwać na ciebie, na wszystko, tłumiąc pieśń życia. To nie jest dokładnie depresja, chociaż te dwa stany są chętnymi towarzyszami. Raczej jest to wielkie wydrążenie, które pozbawia cię tej siły witalnej niezbędnej do poruszania się po świecie zadziwionym rzeczywistością, tego błysku radości na przyziemny cud istnienia. Rozczarowanie, które możemy nazwać wieloma nazwami — wypalenie, apatia, wyobcowanie — ale takie, które nawiedza każde życie w tej czy innej formie, w tym czy innym czasie, pulsujące niezaspokojoną tęsknotą za czymś elementarnym i starożytnym, z pragnieniem, aby zobaczyć świat ponownie jako piękny i poczuć jego magię, znaleźć w nim schronienie , skontaktować się z tym „zanurzonym wschodem słońca cudu”.
Katherine May bada, co jest potrzebne, aby zrzucić płaszcz bezsensu i odzyskać iskrę witalności w książce Enchantment: Awakening Wonder in an Anxious Age ( biblioteka publiczna ) — mieniącej się kronice jej własnych poszukiwań „lepszego sposobu na przejście przez to życie”, sposobu, który daje nam „zdolność wyczuwania magii w codzienności, przekazywania jej przez nasz umysł i ciało, abyśmy mogli się nią podtrzymywać”.

May — która pisała czarująco o zimowaniu, odporności i mądrości smutku — sięga po drugą stronę śpiączki duszy:
To życie, które stworzyłem, jest za małe. Nie pozwala na wystarczająco dużo: wystarczająco dużo idei, wystarczająco dużo przekonań, wystarczająco dużo spotkań z bujną magią istnienia. Tak bardzo chciałem temu zaprzeczyć, celowo skręcać w stronę racjonalności, trzymać się wyłącznie doświadczeń, które są bezpośrednio obserwowalne przez innych. Dopiero teraz, gdy wszystko zostało mi zabrane, widzę, jakie to szaleństwo. Nie chcę już takiego życia. Chcę tego, co mieli [starożytni]: móc rozmawiać z bogiem. Nie w sensie osobistym, z odległą postacią, która jest niepojęcie mądra, ale mieć bezpośrednie spotkanie z przepływem rzeczy, komunikację bez słów. Chcę pozwolić, aby coś we mnie pękło, jakaś tama, która podtrzymywała to haniebnie atawistyczne poczucie magii kryjącej się za wszystkimi rzeczami, mrowienie inteligencji, które zawsze na mnie czekało, gdy przychodziłem, aby się do niej podłączyć. Chcę poczuć ten surowy, pierwotny podziw, który czuli moi przodkowie, a nie moją oswojoną, wyjaśnioną współczesną wersję. Chcę otworzyć granice mojej czaszki i wpuścić do środka powódź światła, powietrza i tajemnicy… Chcę zachować to, co ujawnia cisza, te ciche głosy, których szepty można usłyszeć tylko wtedy, gdy wszystko ucichnie.

Aby wyrwać się z tego egzystencjalnego odrętwienia, zwraca się ku różnym punktom zwrotnym zachwytu — obserwacji meteorów i pływaniu w oceanie, ogrodnictwu i pszczelarstwu — wracając raz po raz do tego, co było moim najpewniejszym lekarstwem w tych porach wewnętrznego więdnięcia. Półtora wieku po tym, jak Thoreau przedstawił swój żarliwy argument na rzecz chodzenia jako duchowego wysiłku i pokolenie po cudownym manifeście Thomasa Clarka na temat chodzenia jako portalu do samoprzekroczenia , May pisze:
Kiedy idę, przechodzę przez trzy warstwy doświadczenia. Pierwsza dotyczy powierzchni mojej skóry, natychmiastowej informacji zwrotnej moich zmysłów. Często jest nerwowa i niewygodna: moje buty są za ciasne; w mojej skarpetce jest gałązka. Mój plecak nie chce leżeć prosto na moich ramionach. W tej fazie chodzę z przerwami, ograniczonymi przez niekończącą się serię poprawek. Nigdy nie jestem pewien, czy naprawdę chcę przejść ten dystans. Ale jeśli idę dalej, te odczucia ostatecznie zanikają i zostają zastąpione przez bulgoczące myśli, rozkwitające idee i spostrzeżenia, poczucie radosnego gaworzenia w umyśle. To jest ten moment spaceru, kiedy wnętrze mojego umysłu wydaje się bujne, miejsce tak przyjemne do zamieszkania, że nigdy nie chcę, aby moje nogi się zatrzymywały. To przestrzeń twórcza, miejsce, w którym problemy są rozwiązywane w niezrozumiały sposób, a odpowiedzi pojawiają się jak prawdy znane od zawsze.
Mając świadomość, że „nasze ciała mają odpowiedzi na pytania, których nie potrafimy zadać”, dodaje:
Jeśli idę dalej, to też w końcu zanika. Może to niski poziom cukru we krwi, a może mózg popcornu w końcu się wypala, ale w pewnym momencie osiągam zupełnie inny stan umysłu, miejsce poza słowami, w którym czuję się cicho i pusto. To moja ulubiona faza ze wszystkich, otwarta przestrzeń, w której przez jakiś czas jestem niczym, po prostu istnieniem z ruchomymi częściami i mapą w dłoni, którego stopy znają trasę i nie potrzebują mojej ingerencji. Nic się tu nie dzieje, albo tak się wydaje. Ale w jej następstwie znajduję moje najgłębsze spostrzeżenia, całe zmiany w znaczeniach i zrozumieniach, które leżą u podstaw tego, kim jestem. W tym stanie jestem otwartymi drzwiami.
Najbardziej zaczarowana forma spaceru ma miejsce w najbardziej zaczarowanym z miejsc, lesie — tym żywym przypomnieniu olśniewającego przeplatania się życia, które skłoniło Urszulę K. Le Guin do napisania, że „słowem określającym świat jest las”, tej katedrze współzależności, gdzie drzewa i grzyby szepczą do siebie w języku, który dopiero zaczynamy rozszyfrowywać .

Zgodnie z rozwijającą się nauką „łagodnej fascynacji” – która rzuca światło na to, jak czas w naturze wytrąca mózg z kolein i uwalnia nasze najbardziej kreatywne myślenie – May pisze:
Las… to głęboki teren, miejsce niekończącej się zmienności i subtelnego znaczenia. To kompletne środowisko sensoryczne… Jest inne za każdym razem, gdy się je spotyka, zmieniając się wraz z porami roku, pogodą, cyklami życia jego mieszkańców… Kop pod jego glebą, a odkryjesz warstwy życia: kruche sieci grzybni, nory zwierząt, korzenie drzew.
Zadaj pytanie w tej przestrzeni, a otrzymasz odpowiedź, choć nie odpowiedź. Głęboki teren oferuje wielość, rozwidlone ścieżki, symboliczne znaczenie. Uczy cię kompromisu, zmiany interpretacji. Wyciszy twoją racjonalność i sprawi, że uwierzysz w magię. Usuwa czas z tarczy zegara i ujawnia większą prawdę jego działania, jego kolistość i jego ogrom. Pokaże ci skały o niezgłębionym wieku i wybuchy życia tak ulotne, że ledwo je widać. Pokaże ci pełzanie epok geologicznych, stopniową zmianę pór roku i niezliczone mikro-sezony, które zdarzają się w ciągu roku. Będzie wymagać twojej wiedzy: wiedzy, która jest empiryczna, wiedzy, która przychodzi wraz ze studiowaniem. Poznaj ją — nazwij ją — a nagrodzi cię tylko większą liczbą warstw szczegółów, bardziej frustrującymi objawieniami twojej własnej ignorancji. Głęboki teren to dzieło życia. Będzie cię oczarowywać, odżywiać i wspierać przez dziesięciolecia, by w końcu udowodnić, że ty również jesteś ulotny w porównaniu ze skałami i drzewami.
Często jej ponowne połączenie z zachwytem jest funkcją poezji perspektywy — czegoś, co wnosi do pozornie przyziemnego faktu pływów , które codziennie obmywają Ziemię z obu końców pod wpływem przyciągania Księżyca:
Istnieją dwie gigantyczne fale, które nieustannie wędrują wokół Ziemi i dwa razy dziennie widzimy ich pełną objętość. Ledwie odczuwamy skalę tego, co naprawdę się dzieje, ponieważ jesteśmy świadkami tego tylko lokalnie. Rzadko zatrzymujemy się, aby pomyśleć, że łączą nas z całą planetą i przestrzenią poza nią.
[…]
Kiedy czuję przyciąganie pływów, odczuwam również przyciąganie całego świata, księżyca i słońca; czuję, że jestem częścią łańcucha połączeń, który obejmuje galaktyki.

Raz po raz mierzy się z napięciem między naszym poleganiem na racjonalności a tęsknotą za magią, za jakąś głębszą prawdą żywiczną transcendencją. Sto lat po tym, jak fizyk, laureat Nagrody Nobla Erwin Schrödinger połączył nowonarodzoną mechanikę kwantową ze starożytną filozofią Wschodu, aby wygłosić uderzające stwierdzenie, że „to twoje życie, które przeżywasz, nie jest jedynie częścią całej egzystencji, ale w pewnym sensie jest całością”, pisze May:
Oba są tylko sposobami konceptualizacji podstawowego faktu życia. Alchemia przychodzi w zrozumieniu prawdy, która wydaje się tak łatwo ukrywać: że wszystko jest ze sobą powiązane. Że istnieje tylko jedna całość. Że istniejemy w systemie, który obejmuje każdy zdegradowany ludzki akt i każdy piękny, każde źdźbło trawy i każdą górę; która świeci, pęka i zmienia się jak powierzchnia morza. My jako jednostki zawieramy to wszystko. Mamy w sobie potencjał największego dobra i najstraszniejszego zła. Intuicyjnie wiemy, co każdy czuje, ponieważ istnieją linie nakreślone między nami a wszystkim innym. Nie muszę wierzyć w Boga jako osobę. Mogę zamiast tego wierzyć w to: cała sieć istnienia łącząca nas w sposób, który postrzegamy tylko wtedy, gdy słuchamy. Każdy z nas jest cząstką tej większej istoty. Każdy z nas zawiera to wszystko.
Mając na uwadze naszą odruchową niezdolność do utrzymania takiej całości w perspektywie — być może dlatego, że zarysowuje ona szerszą świadomość, która przekracza nasze poznawcze ograniczenia — dodaje:
Trudno nam pojąć tę absolutną łączność. Często wolimy o niej zapomnieć. Często się jej sprzeciwiamy. Ale ona tam jest, prawdziwa jak światło słoneczne, za wszystkim, co robimy. Ponieważ jest zbyt duża, abyśmy mogli ją połknąć w całości, podchodzimy do niej przez metaforę. Opowiadamy historie o potworach, magii i bogach żywiołów, ale tak naprawdę znajdujemy sposób, aby ją zrozumieć. Tak naprawdę mówimy o nas, o nas wszystkich razem. Niektóre stare historie już nie działają. Coraz trudniej nam je zrozumieć. Ale to nie znaczy, że je porzucamy. Zamiast tego musimy podwoić wysiłki w opowiadaniu historii i znaleźć nowe sposoby na przekazanie naszych znaczeń. Być może właśnie to mamy robić: przerabiać nasze historie, aż w końcu znajdziemy tę, która pasuje.
Bóg był zawsze imieniem szeptanym między nami.

Z poszukiwań May emanuje sugestia, że zachwyt nie jest cechą świata, ale cechą historii, którą opowiadamy sobie o świecie. Kończy ona wezwaniem do lepszej historii, którą możemy sobie opowiedzieć — wezwaniem, które jest również zaproszeniem do samozachwytu:
Nasze poczucie zachwytu nie jest wyzwalane tylko przez wielkie rzeczy; wzniosłość nie kryje się w odległych krajobrazach. To, co budzi podziw, to, co tajemnicze, jest wszędzie wokół nas, przez cały czas. Jest przekształcane przez naszą świadomą uwagę. Staje się wartościowe, gdy je cenimy. Staje się znaczące, gdy nadajemy mu znaczenie. Magia jest naszym własnym wyczarowaniem.
Przeczytaj Enchantment z pionierskim neurobiologiem Charlesem Scottem Sherringtonem, który sto lat wcześniej pisał o zadziwieniu i duchowości natury , a następnie powróć do wspaniałego manifestu wielkiego przyrodnika Johna Burroughsa na temat duchowości w dobie nauki .
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
1 PAST RESPONSES