Jako wysportowana, silna kobieta, moja nieustraszoność opierała się na fizyczności. Moje ciało było całkowicie niezawodne i czułam, że jestem niezwyciężona jako młoda osoba. Wtedy nie wahałam się w trudnych sytuacjach: stawiając moją 5'2″ sylwetkę mocno między mężczyzną na ulicy a kobietą, którą właśnie uderzył. Bez strachu. Kiedy dwie nastoletnie dziewczyny spotkały się, aby zablokować mi drogę w górę ulicy jako rasowe wyzwanie — czyja to dzielnica? — postanowiłam przejść przez ulicę jako lepszą część odwagi, ale moje zuchwałe małe ciało mnie zaskoczyło. „To też MOJE sąsiedztwo!” Przebiłam się przez ich zablokowaną barykadę ramion, a następnie pobiegłam jak szalona, chwilowe zwycięstwo nad strachem waliło mi w skroniach. Och, jakie to było silne małe ciało, a jego wzbierająca witalność, potwierdzona przez mięśnie i włókna nerwowe, które do tej pory okazały się nieomylne, zrodziły tężyznę serca, które biło w nim.
Wyobraź sobie więc strach utraty wszystkiego, i to nie powoli z czasem, jak to się dzieje z nami wszystkimi, gdy się starzejemy, ale szybko, bezlitośnie, obserwując, jak umiejętność po umiejętności odpadają jak mnóstwo luźnych włosów. Miałam trzydzieści pięć lat i mieszkałam w Green Gulch Farm, skrzydle Marin County San Francisco Zen Center. Zajęło mi cztery miesiące, aby stracić wszystko, co dla mnie cokolwiek znaczyło: moje silne, energiczne ciało; moją zdolność do osiągania wszystkiego, na czym się skupiłam i zyskiwania podziwu innych; moją przyjemność z bycia seksownie atrakcyjną kobietą; moją radość z obdarzania słodkimi uwagami, które charakteryzują troskliwą matkę; moją zdolność do wykonywania wymaganych praktyk treningu zen, które były celem życia we wspólnocie w Green Gulch; i być może najbardziej wymowne, moje ciało-jako-niewolnik mentalności — moje założenie, że moje ciało jest gotowe i zdolne do wykonywania każdej funkcji, którą mu narzucę bez oporu. Ponadto byłem odizolowany przez ból, który przytłaczał każdy ruch, przez rozpaczliwy strach, który również przerażał każdego, kto wchodził w moją przerażoną obecność, i przez pochłaniający wysiłek, jaki musiałem włożyć, aby wykonać każde małe zadanie — jak wstanie z krzesła lub sięgnięcie po filiżankę herbaty. Nawet wiatr stał się groźnym antagonistą.
Zdiagnozowano u mnie reumatoidalne zapalenie stawów, bardzo bolesną i wyniszczającą chorobę, która dotknęła również moją matkę. W końcu nie mogłem się sam ubrać, trzymać słuchawki telefonu ani wstać z toalety. Ponieważ wszystko to wydarzyło się tak szybko, w ciągu kilku miesięcy byłem w stanie ciągłego zaprzeczenia, przekonany, że każda funkcja znika, a następnego ranka powróci. Mój strach był tak przytłaczający, że nie mogłem znieść więcej niż ułamka sekundy jego zapowiedzi. Za każdym razem, gdy rzeczywistość tego, z czym się zdawałem — poważna niepełnosprawność — pojawiała się nieproszona w moim umyśle, rozpaczliwie pragnąłem, aby moje pogarszające się ciało wykonało następne zadanie. Musisz , rozkazałem mu. Zrobisz . Jeśli moje ciało nie będzie mogło pracować, co się ze mną stanie? Jeśli nie będę mógł sam się utrzymać, kto się mną zaopiekuje? Zawsze żyłem w złudzeniu, że jestem samowystarczalny, pomocny innym, ale ostatecznie niezależny. Nie mogłem tak szybko zmienić swojego sposobu życia. Z powodu mojego początkowego zaprzeczenia nikt nie wiedział, jak źle się dzieje ani co dokładnie mam dla mnie zrobić. Kazałam mojemu trzyletniemu dziecku zapinać guziki i wiązać mi buty w zaciszu mojego pokoju.
Zaprzeczanie mojej sytuacji skończyło się nagle, gdy mój syn obudził mnie w środku nocy. Płakał. Jego piżama była mokra od wymiocin. „Jestem chory, mamusiu” – powiedział. „Zwymiotowałem”. Próbowałam poruszyć ciałem, podnieść je z łóżka, ale mi się nie udało. Nie mogłam uwolnić się od kołdry, a gdy próbowałam dosięgnąć krawędzi łóżka i oderwać się od prześcieradeł, byłam zbyt słaba, aby podnieść się do pozycji siedzącej. „Kochanie, zdejmij piżamę i umyj twarz w łazience” – powiedziałam do mojego dziecka. „Zdejmij brudne prześcieradła ze swojego łóżka i idź spać”. Słyszałam, jak wykonuje moje polecenia i kładzie się do swojego łóżka. Leżałam w swoim wąskim łóżku, słysząc, jak szlocha, aż zasypia, i modliłam się o śmierć. Zaprzeczanie nie było już możliwe. Członkowie społeczności przejęli opiekę nad moim synem i mną.
Siedem lat siedziałem na czarnej poduszce, dążąc do oświecenia. Siedem lat, tysiące godzin zazen i może trzydzieści sesshin (długich, kilkudniowych posiedzeń). Bez widocznego skutku. Całkowicie ogarnął mnie nieustający ból, przerażenie i rozpacz.
Pochłonięty mocą bólu, przytłoczony i pochłonięty przez niego, na początku nie mogłem czuć niczego innego. Ale zmuszony do całkowitego poddania się fizyczności mojego istnienia, chwila po chwili, ostatecznie odkryłem, że w moim ciele były doświadczenia poza bólem — i nie wszystkie z nich nieprzyjemne. Cały mój świat składał się z mojego ciała i jego wrażeń, mojego łóżka i jego nakryć, mojego pokoju i jego wyposażenia. Ograniczony do tego prostego, ale nie obraźliwego towarzystwa, zacząłem zauważać, że każda z tych rzeczy miała swoje własne dziwactwa. Oprócz pęknięć w farbie wokół parapetu, były bulgotanie i szum zamieszkanego budynku mieszkalnego; subtelne zmiany cieni na ścianie w miarę upływu dnia; różnice temperatur, gdy ostre poranne słońce sprawiało, że stare ściany błyszczały, a następnie cofały się po południu; sporadyczne kontury znajomej twarzy nad moją własną patrzącą na mnie. Uznałem mój świat za tak skomplikowany, tak interesujący jak zawsze, tylko na o wiele bardziej subtelnym poziomie. Powtarzałam sobie, że to musi być świat dzieci i zwierząt. Wszystko jest świeże i fascynujące.
I tak odszedłem od nadziei, że każdego ranka obudzę się ze złego snu, do zrozumienia, że ten pokój i jego zawartość to jedyne życie, jakie mam. I to było ciało, z którym musiałem je przeżyć. Zacząłem budzić się gotowy, by w pełni przeżyć to konkretne życie i każdego dnia poznawać to, co pod wieloma względami było nowym ciałem. Zaczynałem dzień, pytając, jaka część
mojego ciała działa dzisiaj? Co mogę zrobić z częścią, która działa? To było dla mnie ekscytujące: planowanie dnia na tak prymitywnym poziomie. Gdy oswoiłam się z moim nowym życiem i jego specyfiką, ciekawość zastąpiła strach jako mój podstawowy powód istnienia. Chciałam poznać każdy najmniejszy szczegół mojego świata. Stało się tak, ponieważ zaczynałam faktycznie szukać schronienia — przed rozpaczą i beznadzieją — w każdym aspekcie i cesze mojego istnienia.
Byłem pod wrażeniem mocy drobiazgów mojego codziennego życia, które działały jak gąbka na mój strach. Później, gdy zacząłem nabierać sił i spędzać więcej czasu poza łóżkiem, zastosowałem tę samą zasadę do ruchu i schroniłem się w samej swojej aktywności. Praktyka robienia każdej rzeczy dla niej samej, podstawa treningu zen, w większości umykała mi jako ambitnemu uczniowi zen. Rzadko mogłem odłożyć na bok moje zaabsorbowanie celem moich wysiłków: moim projektowanym osiągnięciem. Ale teraz, żyjąc w żywotności zmysłowej teraźniejszości i widząc ją wyraźnie jako moje najbardziej żywotne źródło pocieszenia i ukojenia, nie chciałem wracać do mojego nawyku pchania i dążenia, zawsze do kolejnego powodu do życia, czy to oświecenia, czy lepszego mieszkania w Green Gulch. Teraz wolałem zostać tutaj, dokładnie tutaj. Straciłem poczucie, że w moich okolicznościach było coś wyjątkowego lub tragicznego. To było po prostu moje życie, dzień w dzień.
Ten rodzaj poddania się i fascynacji okolicznościami mojego własnego życia nie był odczuwany jako rezygnacja, ale raczej jako głęboka i całkowita akceptacja mojego miejsca na świecie. Nie jest to bierny rodzaj akceptacji, ale taki, który jest aktywny, kreatywny, inteligentny i całkowicie podatny na życie. Ta otwartość czasami następowała w tym samym czasie,
Zmagałem się z bólem i szukałem sposobów, aby go zatrzymać. Nie przeszkadzają sobie nawzajem: całkowicie akceptując swoje cierpienie i szukając sposobów, aby je zakończyć. Oba są aktywnymi, zaangażowanymi spotkaniami z twoim życiem. Jeśli nie potrafimy być szybcy i produktywni, jeśli potrzeba nam całej naszej uwagi i skupienia, aby rano założyć ubrania, musimy być jak żółw wspinający się z piaskownicy: nieubłagany, nieskończenie cierpliwy, odnajdujący nasz prawdziwy dom w samej naszej aktywności, jak i w jej celu.
My, praktykujący, czcimy chwilę obecną. Ale kiedy chwila obecna nie wydaje się piękna i płynąca, jak liście zmieniające się wraz z porami roku, jesteśmy zdezorientowani. Kiedy oznacza to tylko rozdzierający ból i rozpacz, chcemy iść dalej. Ale okazuje się, że rzeczywiste doświadczanie rozpaczy radykalnie różni się od wizualizowania jej wcześniej ze strachem i decydowania, że nie możesz się z nią zmierzyć. Kiedy jest prawdą, że przeszłość minęła na zawsze, a przyszłość, którą możesz sobie wyobrazić, jest jeszcze bardziej ponura niż ta chwila, jesteś bardziej skłonny pogrążyć się w teraźniejszości. Schroniłem się w swojej prostej aktywności, moich powolnych, rozważnych ruchach i nie przywiązywałem się do żadnych rezultatów, po prostu dlatego, że nie mogłem znieść więcej strat, ani nawet możliwości straty. Nigdy nie pomyślałem: „Pewnego dnia znów będę zdrowy”, ponieważ ta myśl byłaby nie do zniesienia. Nigdy nie pozwoliłem, aby mój umysł powrócił do silnego ciała, które straciłem, ponieważ ten obraz wiązał się z nie do zniesienia bólem. Więc pozostałem w swoim oddechu i ruchu, bojąc się na początku spojrzeć w prawo lub w lewo. Gdy poczułem się na tyle dobrze, by móc wchodzić w interakcje, moje kontakty z ludźmi odbywały się na tym samym pierwotnym poziomie. Stojąc tam z kimś, dzieląc jego oddech, czując, jak przenika moją klatkę piersiową i brzuch, pozostałem w ich towarzystwie, aż jakiś niepokój zmusił mnie do pójścia dalej. To sprawiło, że interakcja była bardzo natychmiastowa, bardzo realna.
A potem pewnego dnia, rozważając powrót do formalnej praktyki, zdałem sobie sprawę, że to, co robiłem przez cały czas, to przyjmowanie osławionego schronienia w Buddzie, Dharmie i Sandze. Zawsze czytałem, że przyjmowanie schronienia w Buddzie, Dharmie i Sandze oznaczało porzucenie przywiązania do podstawowego bezpieczeństwa. Wszyscy mamy swoje ulubione, uspokajające wzorce myślowe, do których zwracamy się, gdy jesteśmy chwiejni (jestem mądry lub mam IRA, małżonka lub cokolwiek innego). Gdy jesteś gotów przejść do rzeczywistości opartej na oddechu, w której wszystko wznosi się i przemija (Właściwy Pogląd), przyjmujesz schronienie w Buddzie. Kiedy moje podstawowe bezpieczeństwo zostało zdegradowane do fantazji z poprzedniego życia, zrozumiałem, że starożytni nie mieli nic więcej do roboty niż my. Mieli swoje własne ciała, własne złudzenia, własne nawyki i opinie. Próbowali wielu podróży duchowych, tak jak my, i po odbyciu wszystkich tych podróży w końcu doszli do wniosku, że źródłem ich cierpienia są ich własne umysły. Ostatecznie udało im się odrzucić dogmaty i duchowy materializm jako schronienie i doświadczyć życia bezpośrednio.
Przez schronienie się w dharmie mam na myśli, że znalazłem ścieżkę dla siebie, moją własną oryginalną ścieżkę, tak jak zrobił to Budda. Nie uważałem, że moja ścieżka była ścieżką zen. W mojej ciasnocie zakładałem, że zen oznacza siedzenie w pozycji zazen i tylko siedzenie w pozycji zazen — ale okazało się, że jest to równie angażująca ścieżka i to było zasadniczo wszystko, co miałem w kwestii pocieszenia. Na tej ścieżce byłem w stanie rozwinąć zdolność do nawiązywania relacji z moim bezpośrednim doświadczeniem, ze wszystkim. Na tej ścieżce rozwinąłem postawę ciekawości i uwagi, która ujarzmiła mój strach. Nie rozróżniałem już między świętymi przedmiotami, którym należy poświęcić uważną uwagę, a świeckimi rzeczami, które można zignorować lub odrzucić. Nic nie było stratą czasu; całe życie było płodną sytuacją. Ostatecznym pocieszeniem dla mnie, że zostałem wyrzucony z duchowego wyścigu szczurów, było bogactwo i lśniąca wyjątkowość wszystkiego.
Przez schronienie się w sangha mam na myśli, że czułem się towarzysko z moimi współuchodźcami, którzy byli zdezorientowani i przerażeni jak ja, gdziekolwiek ich spotkałem: w moim pokoju, na ulicy, w sklepach, w Zendo. Sangha to miejsce, w którym eksperymentujesz z byciem sobą, gdzie rzucasz wyzwanie swojej arogancji lub urojeniom, gdzie prosisz o wsparcie i je dajesz. Sangha Centrum Zen zachęcała mnie do wysiłków, kładąc parasol „praktyki” nad moją głową, zapraszając mnie do mówienia i pisania o moich doświadczeniach.
Wszystko to wydarzyło się ponad dwadzieścia lat temu. Moja niepełnosprawność jest teraz dość względna, ponieważ moi przyjaciele się starzeją. Strach i smutek są znajomymi towarzyszami mojego codziennego, teraz pełnego wydarzeń, życia. Przez dziesięciolecia ćwiczyłem integrowanie tej rozpaczy z moim trwającym życiem emocjonalnym poprzez rytualizację codziennych zadań. Wprowadzając moją szczoteczkę do zębów i naczynia, moją kuchenkę mikrofalową i mój samochód do mojego świadomego życia jako przedmioty, które mają zostać uświęcone moją uważną uwagą, odczuwam ich namacalne wsparcie i ich czasami dość urocze osobliwości.
Na przykład mam trudności z ubieraniem się. Moje artretyczne ramiona, łokcie i palce drżą od rozciągania, szarpania i wiązania, które są wymagane, aby pokazać się światu w pełni ubranemu. Ale nie jestem i nigdy nie byłam utylitarną osobą. Rzep może rozwiązać mój problem, ale to nie wchodzi w grę. Jestem typem osoby, która kocha i docenia sztukę asymetrycznych obszyć, zaszewek, podwójnych szwów dżinsowych, podszewek w kurtkach i spódnicach krojonych na skos. Moje gardło chwyta trzepot jedwabiu na wietrze. Moja bielizna jest ozdobiona koronką i haftowanymi kwiatami. Zamiast spieszyć się z ubieraniem i frustrować się tym, jak trudno jest wciągnąć skarpetki, założyć buty i zapiąć bluzki, robię z tego uspokajający i lubiany poranny rytuał: rozkładam wszystkie ubrania na zalanej słońcem kanapie i siadam w porannym słońcu, ubierając się, czując jego komfort, zakładając każdy piękny przedmiot po kolei, czując zmiany temperatury związane z zakrywaniem mojego ciała, zauważając zaszewki, szwy i wstawki, które wyszukują topografię mojego ciała i sprawiają, że moje ubrania na mnie pasują. Smutek zmienia się, gdy napotyka przestronność — świętość — zapewnioną przez bardzo uważną uwagę. Większość fizycznych zadań, które wykonuję, takich jak sprzątanie i gotowanie, przybrały ten ceremonialny charakter. Kultywowanie dbałości o szczegóły wprowadza przestronność, przestrzeń wokół myśli i czynności, która pozwala żyć bogatym i satysfakcjonującym życiem pośród nieszczęścia.
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
6 PAST RESPONSES