Daabu to maleńka wioska w odległej części wschodniej Sierra Leone. Była bastionem rebeliantów podczas 11-letniej wojny domowej w kraju i miejscem wielu okrucieństw. Siedem lat później nadal nosiła fizyczne i psychiczne blizny. Jej tętniące życiem centrum społeczności zostało spalone podczas wojny, a zwęglone szczątki były wizualnym przypomnieniem paraliżu podziałów i odłączenia, które teraz charakteryzowały społeczność. Jej ruiny, z chwastami rosnącymi w pęknięciach, dosłownie i metaforycznie dominowały w centrum wioski, ziejącą raną. Pozostawione same sobie i niezaopiekowane.
Aż do tej pory.
Samotny perkusista zaczął grać miękki, ale natarczywy rytm, dźwięk wzywający ludzi do zebrania się. Dołączyli do niego inni muzycy i stopniowo przybywali ludzie, gromadząc się na otwartej polanie obok wypalonego budynku. Dzieci tańczyły, ostrożnie omijając ogromną piramidę suchych gałęzi i zebranego drewna, która znajdowała się pośrodku polany. Spontaniczne bębnienie i taniec stały się bardziej celowe, zarówno wzywając, jak i świętując — świętując obecność wszystkich i ich wspólny cel. Ludzie siedzieli na skałach, krzesłach, ławkach — na wszystkim, co mogli znaleźć. Gdy zapadła ciemność, przywódcy wioski sięgali pochodniami do wieży z drewna, aż wybuchła płomieniami. Gdy ogień zaczął płonąć równomiernie, tłum również ułożył się w swój własny czujny, żywy, prawie cichy krąg.

Był marzec 2009 roku, nieco ponad rok po rozpoczęciu programu pojednania Fambul Tok („rodzinne rozmowy”) i cztery miesiące po rozpoczęciu procesu planowania Daabu, a jego mieszkańcy dołączyli do ludzi z sąsiednich wiosek na ognisku pojednania fambul tok. Szef Maada Alpha Ndolleh siedział wśród tłumu. Pochodzący pierwotnie z wioski Daabu, był szefem miasta Kailahun Town, stolicy dystryktu i przewodniczącym komitetu dystryktu Fambul Tok. W tej roli szef Ndolleh przemieszczał się od wioski do wioski z personelem Fambul Tok, rozpoczynając szczere rozmowy o wojnie i kładąc podwaliny pod pojednanie. Dziś wieczorem rozpoczął wieczór. Podchodząc do środka kręgu, obok ogniska, powitał tłum. Przypomniał im, dlaczego się zebrali i jak w końcu mogli porozmawiać o tym, co wydarzyło się w tym miejscu podczas wojny. Apelował do ludzi, aby nie bali się mówić, podkreślając, że ci, którzy się przyznają, nie zostaną oskarżeni, ani nie będzie wstydu za dzielenie się tym, jak zostali skrzywdzeni. „Jeśli coś cię niepokoi, musisz o tym mówić” – powiedział z pasją. „A kiedy to powiesz, poczujesz ulgę. Możesz znów rozmawiać ze swoimi braćmi i siostrami”.
Ledwo mogąc doczekać się zakończenia przedstawień, młody mężczyzna podskoczył i zdecydowanie wkroczył do środka kręgu, w pobliże ognia. Z zapałem i determinacją stanął twarzą w twarz ze swoją społecznością. Nazywał się Michael Momoh i opisał dzień, w którym rebelianci po raz pierwszy wkroczyli do Daabu, pojmali go i nakazali mu znaleźć im jedzenie. Gdy przemierzali okolicę, znaleźli rodzinę pracującą na farmie. Rodzina uciekła, wszyscy oprócz siedmioletniej dziewczynki, która została pojmana. Rebelianci kazali Michaelowi związać ją i pobić, co, sam w szoku, zrobił. Pobił ją tak mocno, że później zmarła.
„Potrzebuję spokoju i chcę, aby moje sumienie było czyste” – powiedział z zamiarem i intensywnością. „Spowiadam się, aby mi wybaczyli. To nie było moje życzenie; byłem pod przymusem. Nie zrobiłem tego z własnej woli”.
„Czy matka dziecka jest tutaj?” zapytał starszy prowadzący ceremonię, mając zaledwie minutę na przetworzenie tego, co Michael właśnie wyznał. Mariama Jumu wystąpiła naprzód, przyznając, że to jej córka została zabita tego dnia przez Michaela. Michael podszedł do niej i pochylił się w głębokim ukłonie, kulturowym symbolu skruchy i poddania. Na oczach całej społeczności błagał Mariamę, aby wybaczyła mu to, co zrobił. Dotknęła jego pochylonej głowy, symbolu przyjęcia przeprosin, i powiedziała: „Tak”. Objęli się i zatańczyli razem, podczas gdy ich sąsiedzi patrzyli i klaskali, a następnie wszyscy przyłączyli się do tańca i śpiewu.
To był oszałamiający moment na wielu poziomach. Że sprawca rzucił się do przodu, aby zainicjować wyznanie prawdy i przeprosiny. Że Mariama tak szybko przyjęła jego przeprosiny i wyraziła swoje przebaczenie. Że od razu mogli objąć się i zatańczyć razem, ucieleśniając swoje zaangażowanie w nową przyszłość — ramię w ramię, gotowi iść naprzód razem.
Ludzie składali zeznania w nieustannym strumieniu tej nocy, dzieląc się historiami swoich doświadczeń z czasów wojny. Byli napędzani chęcią pójścia naprzód, pragnieniem pojednania, rozmowy o tym, co wydarzyło się w ich społeczności. Wolą uznania, przeprosin i wybaczenia… razem.
Następnego dnia odkryłam, że Michael i Mariama mieszkali dosłownie obok siebie w tej maleńkiej wiosce. Powiedzieli nam, że nigdy nie rozmawiali o tym, co się wydarzyło. Ani sobie nawzajem, ani nikomu innemu. Przed ceremonią Mariama całkowicie unikała Michaela. Jeśli brał udział w jakiejś aktywności, nie chciała dołączyć. Jeśli było spotkanie, w którym brał udział, nie chciała iść. Jako sąsiedzi w intymnym kręgu domów z gliny krytych strzechą, które tworzą wioskę Daabu, żyli w izolacji, od siebie nawzajem i od samej społeczności. I nie byli jedynymi. Ten schemat powtarzał się w całej wiosce i w innych wioskach w całym kraju. Taka jest niewidzialna natura rozbitej społeczności. W społeczności, której sieć połączeń została zerwana, prawie niemożliwe jest, aby ktokolwiek, a tym bardziej cała społeczność, szła naprzód, rozwijała się.
Dzień po ognisku przeprowadziliśmy wywiad z Mariamą na temat jej córki i tego, co wydarzyło się podczas wojny w ogóle. Mariama mówiła o smutku, który nosiła w sobie z powodu śmierci dziecka, ale mimo to powtórzyła swoje przebaczenie w bardzo bezpośredni sposób: Ponieważ Michael się przyznał, wybaczyła mu. Uważała, że przebaczenie jest ważne, jak sama powiedziała, „dla jedności i postępu. Abyśmy mogli żyć razem. Abyśmy mogli iść naprzód w kwestii rozwoju naszej społeczności. Gdybyśmy nie byli razem, abyśmy mogli pracować, byłoby to bardzo trudne”.
„Czy ktoś ci kazał tak myśleć?” – zapytała Mariamę moja koleżanka. „Czy naprawdę czujesz to w swoim sercu?”
Mariama wyglądała na lekko zirytowaną, gdy pytanie zostało jej przetłumaczone. Ale skinęła głową spokojnie, cicho wyprostowała się i usiadła z powrotem na ławce. „Cóż, jesteśmy w stanie sami myśleć o tych sprawach”, powiedziała bez ogródek. „Kiedy już się zbierzemy, będziemy kontynuować”.
Michael i Mariama regularnie się teraz komunikują; Michael nazywa Mariamę „Ma”, a ona zwraca się do niego jak do syna. Nosi dla niej wodę, pomaga jej w rolnictwie i wykonuje inne prace domowe, gdy ona potrzebuje pomocy, chcąc jak najlepiej zrekompensować nieobecność dziecka, które mogłoby utrzymać matkę i rodzinę. Pracują również ramię w ramię nad inicjatywami społecznymi, wraz z innymi osobami w Daabu, które unikały się za wszelką cenę.
Ich historia jest również przykładem tego, w jaki sposób sama społeczność ma uzdrawiającą obecność i moc pojednania. Michael nie podszedł do Mariamy w zaciszu jej domu. Mieszkając obok niej, bez wątpienia miałby wiele okazji. Zamiast tego otworzył się, aby opowiedzieć swoją historię przed całą swoją społecznością, a nawet kilkoma sąsiednimi wioskami. W kulturze Sierra Leone obecność społeczności jest kluczowa dla procesu przebaczenia. Przyznanie się do błędu i przeprosiny za niego muszą nastąpić przed społecznością, zanim będzie można rozważyć przebaczenie. Dlaczego? To, co Sierra Leoneńczycy opisują jako „nazywanie i zawstydzanie”, które ma miejsce w tym kontekście, jest uważane za odpowiednią karę, nawet surowszą niż wysłanie do więzienia w większości przypadków. Biorąc pod uwagę centralną wartość, jaką kultura przypisuje połączeniu jednostki ze społecznością i poprzez społeczność, a zwłaszcza wkładowi w tę społeczność, ma to sens. Jak zauważyła krajowa pracownica Fambul Tok Tamba Kamanda: „Bez swojej społeczności jesteś niczym”.
Dzięki swojej społeczności możesz uleczyć nawet najboleśniejsze rany.
Jaki był „moment aha” lub seria wydarzeń, które sprawiły, że postanowiłeś przekazać swoje przesłanie większemu światu? Czy możesz podzielić się historią na ten temat?
Od samego początku byłam oddana opowiadaniu mojej historii światu — po prostu nie wiedziałam, czy potrafię, ani jak dokładnie to zrobić. Byłam tak skupiona na pracy nad tworzeniem przestrzeni dla przywództwa innych i opowiadaniu/dzieleniu się historiami innych, gdy wkraczają w swoje przywództwo — że naprawdę trudno mi było uwierzyć, że moja historia jest warta napisania i podzielenia się nią. Potrzebowałam pomocy, aby to zrobić — i tak naprawdę nie wiedziałam, jak o nią poprosić/jak ją otrzymać — dopóki nie utworzyłam swojego Kręgu Mądrości. Prawie dekadę temu, stając w obliczu niemal całkowitego wypalenia i nie mając jasności co do drogi naprzód, zebrałam zaufaną grupę przyjaciół i współpracowników na tydzień na spokojnych brzegach Long Lake w stanie Maine. Zebrali się, aby wesprzeć mnie w moim przywództwie, w moim rozwoju jako osoby i w rozeznawaniu drogi naprzód dla Catalyst for Peace i mojej pracy w Sierra Leone. Ta grupa, którą nazwałam swoim Kręgiem Mądrości, pomogła mi odzyskać to, co należało do moich obowiązków, i zburzyć moje silne wewnętrzne bariery, które uniemożliwiały mi otrzymywanie takiego samego wsparcia, jakie tak swobodnie i łatwo oferowałam innym.
***
Aby uzyskać więcej inspiracji w czasie rzeczywistym, dołącz do rozmowy Awakin Call w ten weekend z Libby Hoffman, działaczką społeczną i budowniczką pokoju: Szczegóły i potwierdzenie obecności tutaj .
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
3 PAST RESPONSES