Back to Stories

Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę Po wejściu Do Domu Camille

Szkoci i Czejenowie.

RW: Wow.

CS: Poznałem inną osobę, która była z plemienia Siuksów Lakotów i Koreańczykiem. Poznałem więc wszystkich tych ludzi i dzieliliśmy się historiami, rozmawialiśmy o naszych doświadczeniach i zastanawialiśmy się, jak odnaleźliśmy naszą przestrzeń, która jest hybrydą. Nadal czuję, że nie jestem wystarczająco czarny, żeby być czarny. Nie jestem wystarczająco włoski, żeby być Włochem. Nie jestem wystarczająco indyjski, żeby… Jestem mieszanką. Przekraczam granice.

RW: To jest przyszłość.

CS: Tak. Mam na myśli to, że tak wiele osób dołącza do tej społeczności o mieszanej tożsamości, rasie i samookreśleniu. I ja zdecydowanie należę do tej grupy, chociaż to nic nowego. To dzieje się od tysięcy lat, ale w końcu możemy być czymś więcej niż tylko jednym.
Ale wracając do historii podróży. Tym, co naprawdę poruszyło mnie w Kalifornii, był atak w nowojorskim metrze. Pewnej nocy jechałam metrem, wracając z koncertu z moim chłopakiem, Rosjaninem z Białego. Jego tata był uchodźcą z Rosji, więc był to ten blondyn o niebieskich oczach. Zasnęliśmy w pierwszym wagonie, tuż za konduktorem. I usłyszałam hałas dochodzący z pociągu. I nagle poczułam uderzenie w nos.

RW: O mój Boże!

CS: Próbowałam się obudzić i zobaczyłam, że leci mi krew z nosa. Mój chłopak też się budzi. I natychmiast, instynktownie, wyciągnęłam rękę, bo to był duży, biały facet. Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam czterech czy pięciu czarnoskórych, młodych facetów. Jeden z nich zaczął mnie ostro prowokować, mówiąc: „Och, gdyby to była moja dziewczyna, to bym to zrobiła. Zrobiłabym tamto”. Miałam na sobie krótki, szkocki kilt. Podszedł, żeby dotknąć mojej spódnicy, a ja odtrąciłam jego rękę. To ciekawe, bo pamiętam, że w ogóle się nie bałam. Pamiętam, że byłam wściekła, że ten pociąg był pełny. Było tam może ze 40 osób i nikt nic nie mówił ani nie robił. Nawet facet, z którym był, jeden z nich powiedział: „Po prostu zostaw ją w spokoju, stary. Krwawi. Po prostu ją zostaw”. A Issa, mój chłopak, po prostu próbował wstać, a ja powiedziałam: „Nie ruszaj się”. A facet wyciąga nóż i przykłada mi go do twarzy. Mówi: „Potnę cię”. Byłam strasznie wściekła, ale też opanowana. W ogóle się nie bałam.
A tymczasem widzę, że konduktorka patrzy w tył i mówi: „O Boże. Co mam zrobić?”. Wpuszcza nas na stację, a oni kręcą się, jakby mieli wysiąść z pociągu. A facet, kiedy wysiadał, nachyla się i uderza mnie prosto w oko tak mocno, że widzę tylko ciemność. I natychmiast zamykają drzwi pociągu i włączają alarm. Policja zjawia się po jakichś czterech minutach. I nikt nic nie widział. Faceci uciekli.
Pamiętam, że przez tygodnie i miesiące czułam się taka paranoiczna, wiesz, przeczuwałam, że ktoś mnie skrzywdzi albo uderzy. Byłam naprawdę na krawędzi. Chyba to zespół stresu pourazowego. A matka mojego chłopaka, która wtedy była w wieku, kiedy można było jeszcze podróżować z cudzymi biletami, powiedziała: „Masz bilet do San Francisco. Weź go. Potrzebujesz przerwy”.
Więc przyjechałam tutaj i zobaczyłam to miejsce. Pomyślałam sobie: „O mój Boże! To niesamowite!”. Wróciłam więc i powiedziałam mojemu chłopakowi: „Możesz ze mną jechać albo nie, ale się przeprowadzam”. Umówiłam się ze wszystkimi moimi wykładowcami, że powinnam skończyć pracę dyplomową w trasie, wrócić i ją zaprezentować. Wtedy właśnie podróżowałam z rezerwatu do rezerwatu. To była część mojej pracy magisterskiej. Chodziło o tworzenie, dzielenie się historiami, fotografowanie ich i dzielenie się tradycjami, takimi jak haft koralikowy. To było naprawdę niesamowite doświadczenie. I tak dotarłam do Kalifornii.
Wiem, patrząc wstecz, że to było straszne, zostać zaatakowanym w pociągu, ale jestem prawie wdzięczny, bo to był dla mnie ostry zakręt wszechświata. To było moje „Wynoś się z Nowego Jorku”. W przeciwnym razie moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Kiedy miałem dwadzieścia kilka lat, pracowałem w różnych miejscach w Bay Area. Potem, gdy miałem 23 lata, przyjechał tu mój przyjaciel z Long Island, Oliver. Był surferem. Właśnie zostałem zwolniony z pracy w firmie architektonicznej i przez miesiąc lub dwa byłem na bezrobociu. Powiedział: „No to chodź ze mną”. Więc chodziłem i oglądałem go codziennie, jak surfuje. Zwykle jeździliśmy do Bolinas, czasami do Pacifica, w różne miejsca. Aż pewnego dnia pomyślałem: „Chyba spróbuję. To wygląda niesamowicie!”.

RW: Więc musiałeś już być całkiem dobrym pływakiem, prawda?

CS: Cóż, dorastając na Long Island, absolutnie. I znałem dynamikę oceanu.

RW: Wiedziałeś więc, jak sobie radzić z falami?

CS: Dokładnie. Dokładnie. Ale nic mnie nie przygotowało do surfowania. Chodzi mi o to, że kiedy pierwszy raz wypłynąłem w Bolinas, ubrał mnie w piankę, dał mi deskę, założył leasha i powiedział: „Oto trzy zasady: zawsze wynurzaj się z ręką nad głową, żeby deska cię nie uderzyła; nie odwracaj się plecami do oceanu; i zrelaksuj się i nie walcz pod wodą”.
Pomyślałam sobie: „Okej”. Zaczęłam próbować wypłynąć, ale miałam kiepską równowagę. Czułam się naprawdę niezręcznie. Woda była ciemna, zimna i mętna. To było w Bolinas, a Farallony były jakieś 29 mil stąd. I tam były te wszystkie wielkie białe rekiny, co oznaczało, że mogły tu być. To było wszystko, o czym mogłam myśleć i spanikowałam. Odwróciłam się do niego i powiedziałam: „Oliver, boję się”. Odwrócił się, spojrzał na mnie i odpłynął. Byłam wściekła. Byłam taka zła. Pomyślałam: „O mój Boże! Był moim przyjacielem odkąd mieliśmy jakieś 16 lat, a on mnie po prostu zostawił”.
Próbowałam przez chwilę, a potem pomyślałam sobie: „Zapomnij o tym”. Wyszłam z wody i po prostu na niego czekałam. Pomyślałam sobie: „Musisz kiedyś wyjść”. A kiedy wyszedł, zapytałam: „Jak mogłeś? Powiedziałam ci, że się boję, a ty po prostu mnie zostawiłeś”. Powiedział coś, co naprawdę do mnie przemówiło. To była naprawdę wielka prawda. Powiedział: „Nikt nie może cię nauczyć, jak radzić sobie ze swoimi lękami, tylko ty sam”. I miał rację.
Od tego dnia wychodziłem i siadałem na desce. Wiosłowałem trochę lepiej. Trochę lepiej radziłem sobie z równowagą. I nadal czasami wpadałem w panikę. Wtedy myślałem sobie: „Okej, co najgorszego może się stać?”. No cóż, rekin może cię ugryźć i zabić. No i czy to się teraz zdarza? Nie. Okej. Wiesz, po prostu to przeżywasz. Co najgorszego może się stać? No cóż, mogę się utopić. Czy to się teraz zdarza? Nie. Więc surfowałem przez ponad rok każdego dnia. A potem się wciągnąłem.
Zakochałam się w byciu w wodzie w ten sposób. Można było po prostu usiąść na powierzchni wody i ją poczuć, obserwować, czuć te przypływy i odpływy i wzburzenia. To było niesamowite. Byłam połączona. I chciałam więcej. Pojechaliśmy na Hawaje i zanurzyliśmy się w tej ciepłej wodzie. O mój Boże! To był chyba mój największy błąd, bo jak raz wejdziesz do ciepłej wody, to strasznie trudno założyć piankę. Więc po Hawajach pomyślałam sobie: wow, ciepła woda! Muszę ciągle szukać ciepłej wody. I wtedy…

RW: Trzeba jechać na południe.

CS: Właśnie spakowałem samochód, psa i deskę surfingową i pojechałem do Baja. Mieszkałem nad morzem przez kilka miesięcy. To była świetna sytuacja, bo znalazłem to miejsce, Punta Canejo. Leżało w południowej części kalifornijskiego Baja Sur.

RW: Tak, tak.

CS: Na południe od Guerrero Negro. Była tam taka mała wioska rybacka. Codziennie wypływali na ryby. A ponieważ byłem tak dobry w łowieniu, pytałem: „Czy mogę ci pomóc?”. Więc wypływałem i łowiłem z nimi ryby. Wymieniali się ze mną homarami za te, które złowiłem. Więc jadłem homara prawie każdej nocy przez miesiąc.

RW: A kiedy zacząłeś surfować?

CS: Wystarczyło wyjść na ryby na kilka godzin. Przypływało się i można było surfować cały dzień, a wieczorem – surfować.

RW: Byłeś sam?

CS: Byłem sam, ale było tam kilku Kanadyjczyków.

RW: Surfowanie?

CS: Tak. Spotkałem może pięć, sześć osób. Ludzie przychodzili i odchodzili. Były tam drzewa, pod którymi można było się schować. Były niskie, ale dawały cień i małą wnękę. Można było tam rozbić namiot. Było naprawdę miło. Mój pies to uwielbiał.

RW: Brzmi to absolutnie sielankowo.

CS: Cóż, to było niesamowite. Mój pies, myślę, że naprawdę się wkurzył. Zawsze dbałam o to, żeby spał ze mną w namiocie, a niektórymi nocami słychać było kojoty krążące wokół namiotu, wiesz, robiące mnóstwo hałasu. Mój pies krzyczał coś w stylu „grrr”, jakby chciał wyjść. Rano wychodziliśmy i wszędzie były ślady. Wiesz?

RW: Wow.

CS: Jedno z najlepszych doświadczeń, jakie pamiętam, to dzień, kiedy wypłynąłem i nie było widać żadnych fal. Po prostu siedziałem na desce i patrzyłem na ocean, a potem odwróciłem się, żeby spojrzeć z powrotem na brzeg. Siedziałem twarzą do brzegu i, jak powiedział mój przyjaciel, nigdy nie odwracaj się plecami do oceanu. Po prostu siedziałem tam i myślałem: „To jest piękne i niesamowite”. Poczułem prawdziwy spokój. I nagle usłyszałem [świst] i lunął na mnie deszcz. Moja deska zaczęła się unosić, a tuż pode mną wyskoczył szary wieloryb. Dosłownie mnie unosił, a ja wisiałem, a tuż obok był ten szary wieloryb. To było jak wow! To było przerażające, ale też jak wow!

RW: Wow.

CS: Więc to były po prostu takie rzeczy. Rzeczy, które zabiorę ze sobą. Ta podróż była we mnie. Potem wróciłem. Dorabiałem dorywczo, żeby zaoszczędzić wystarczająco dużo pieniędzy na kolejny wyjazd.

RW: To fantastyczne. Wróćmy teraz do linii lotniczych. Zgodziłeś się na późniejszy lot i dostałeś darmowy bilet.

CS: Dokładnie. Więc teraz jestem nieustraszonym podróżnikiem surfingowym i samotne podróżowanie gdziekolwiek nie stanowi problemu. Dostałem więc darmowy bilet. Pomyślałem sobie: cóż, chyba lepiej go wykorzystać. Był ostatni tydzień marca 1999 roku. Zrobiłem mały research, bo chciałem dosłownie przejść przez Cieśninę Beringa, gdzie kiedyś był most lądowy. I dowiedziałem się, że tak, nadal będzie zimno i tak, nadal będzie tam lód morski.

RW: Poleciałem więc w najodleglejsze miejsce, do którego dotarły linie Alaska Airlines. Tak?

CS: To było Kotzebue, które leży za kołem podbiegunowym. To jest nawet powyżej Nome.

RW: Dobrze, dobrze.

CS: Jest tam muzeum Mostu Lądowego Beringa. Była teoria, że w ten sposób zaludniono Amerykę; mieszkańcy Syberii natknęli się na ten lód podczas ostatniej epoki lodowcowej. Zamierzałem więc pojechać tam w odwrotnym kierunku.
Więc dotarłem tam i pierwszym zaskoczeniem było to, że zgubili mój bagaż ze wszystkimi ciepłymi ubraniami. Było minus 30 stopni, pewnie minus 50 z wiatrem.

RW: A Kotzebue nie jest miastem, prawda?

CS: Nie, jest tam może tysiąc osób.

RW: To jest w śniegu.

CS: Jest biały. Po prostu biały. I mają nawet sztuczny pas startowy, bo tam jest wieczna zmarzlina. Więc wysiadam z samolotu. Miałem na sobie tylko polar i wsuwane buty. Przy pierwszym oddechu zamarzły mi włosy w nosie, zamarzły mi płuca. To takie duszące zimno. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem.

RW: Wow. Powiedziałeś, że trzydzieści poniżej zera?

CS: Dokładnie. Więc pędzę do baraku Quonset, czyli lotniska. Czekam na swoją torbę, która się nie pojawia. Wszystkie kobiety, które tam pracowały, były rdzennymi Inupiaqami. Mówiły: „Och, nie martw się. Znajdziemy dla ciebie coś”. I od razu załatwiły mi tradycyjną parkę z foczej skóry, czapkę, rękawiczki, buty – wszystko.

RW: Wyposażyli cię w ich rodzime…

CS: Dokładnie.

RW: Co jest całkowicie dostosowane do klimatu.

CS: Tysiące lat technologii! I zadziałało. Co ciekawe, kiedy moje ubrania w końcu dotarły, nie były tak wydajne, jak ubrania Indian. Ale następnego dnia po prostu się obudziłem i powiedziałem: „Dobra, robię to”. Wyszedłem na zamarznięte morze i zacząłem iść.

RW: Chciałem to po prostu podkreślić.

CS: Szaleństwo.

RW: Tak, dokładnie. Więc jesteś tutaj. Jesteś w tym małym, maleńkim miejscu, gdzie zewsząd otacza cię tylko śnieg. A temperatura wynosi minus 30 stopni w małej chatce Quonset w małej wiosce. A teraz idziesz na skraj Morza Beringa. Więc po prostu idziesz tam sam, prawda?

CS: Po prostu ruszyłem prosto. Tak, w białą nicość.

RW: Okej, więc tak to wygląda.

CS: I byłem tak podekscytowany, ponieważ gdy wyszedłem na lód — i odbiłem się od tego, co było lądem, wiedziałem, że znajduję się na zamarzniętym lodzie morskim — skrzypiał jak styropian.

RW: To jest śnieg w takiej temperaturze, skrzypi.

CS: Dokładnie. Piszczy. I pomyślałem sobie: wow! Wszystko jest zakryte. Mam twarz w szaliku i słychać twój oddech. To mój księżycowy moment. Pomyślałem: „To ja na innej planecie. To moje pozaziemskie doświadczenie”. I idąc, pomyślałem: „O mój Boże. To niesamowite!”. I po prostu zacząłem iść. W lodzie były małe gałązki, może co jakieś 3 metry. Pomyślałem sobie: to ścieżka. Ktoś ją oznaczył.

RW: O wow.

CS: I pomyślałem sobie: „To wspaniale”. To mnie uspokoiło. Potem, mniej więcej co 10 minut, ktoś podjeżdżał skuterem śnieżnym. Pytał: „Wszystko w porządku?”, a ja odpowiadałem: „Tak, idę tylko na spacer”. A oni odpowiadali: „Okej”. I odjeżdżali.

RW: Czy są to więc głównie Inuici?

CS: Tak, wszyscy byli Inupiakami. Więc co jakieś 10 minut myślałem sobie: „Spoko, jest ruch. Nie muszę się martwić”. Potem szedłem przez godzinę i nic nie było. Nadal mogłem się odwrócić i zobaczyć miasto. Było tam. Szedłem więc dalej i po godzinie podjechały dwie osoby, każda na skuterze śnieżnym; Rosjanka i mężczyzna Inupiak. Zadali mi inne pytanie: „Dokąd jedziesz?”.
Powiedziałem: „Próbuję dotrzeć tam, gdzie kończy się lód, a zaczyna morze”. Naprawdę wyobrażałem to sobie jako tę czystą krawędź, jakby był lód, a potem nagle pojawiła się woda. Byłem taki naiwny i głupi. Nie mogłem się bardziej mylić. Powiedzieli: „No cóż, to 22 mile stąd”.
I dosłownie miałem tylko aparat fotograficzny schowany w kurtce. Nie miałem wody. Nie miałem jedzenia. Nie miałem nic – żadnego namiotu, niczego. Więc pomyślałem sobie: no, nie wiem.
Powiedzieli: „Jedziemy w tamtą stronę. Możemy cię podwieźć, ale nie wrócimy. Więc musisz sam zdecydować”.
Pomyślałem: „No to jest okazja. Nigdy wcześniej nie jechałem skuterem śnieżnym”. Wsiadłem więc na tył z tą kobietą i ruszyliśmy. Nie miałem pojęcia, że skutery śnieżne osiągają 60 mil na godzinę. Jechaliśmy jakieś pięć minut, po prostu śmigając po lodzie. Pomyślałem: „Wow, to jest naprawdę super!”. Wtedy zacząłem zdawać sobie sprawę, wow, jedziemy naprawdę szybko i policzyłem w myślach: 60 mil na godzinę razy pięć minut. Wtedy pomyślałem: „Stój, stój, stój, bo muszę to wrócić pieszo”.
O tej porze roku słońce po prostu robi coś bardzo niskiego na niebie. Zachodzi około 1:00 w nocy. I wschodzi około 3:00, ale jest tak nisko na niebie, że prawie przylega do horyzontu. Nigdy nie jest wysoko. To taki piękny widok, gdy słońce przesuwa się bokiem.

RW: Tak, tak.

CS: Więc zostawili mnie i to był jeden z niewielu razy, kiedy wyjąłem aparat. Zrobiłem zdjęcie, jak odlatują i obserwowałem ich, aż zniknęli mi z oczu, tylko w białej wodzie. Pamiętam, że pomyślałem: wow, niesamowite, jak oni znikają. Potem odwróciłem się i zacząłem szukać miasta. Zniknęło.
Wokół mnie, w promieniu 360 stopni, było po prostu biało, po prostu biało. Nie było prawie żadnej różnicy między niebem a lodem. Było po prostu biało. Wtedy spanikowałem, bo nikt na świecie nie wiedział, gdzie jestem. Mogłem wpaść pod lód. Tam były niedźwiedzie polarne. Mogła się rozpętać zamieć i nigdy nie znalazłbym drogi powrotnej.
I wtedy właśnie ta lekcja surfingu się przydała. Uspokoiłem się. Dobra, idź śladami skutera śnieżnego, zanim znikną. Bo gdyby wiatr je zdmuchnął, miałbym poważne kłopoty. Więc spokojnie wróciłem.

RW: Myślę, że powiedziałeś, że wydarzył się wtedy taki moment, który był dla mnie przełomowym doświadczeniem.

CS: Wracając. Bo minęło pięć godzin marszu, zanim w ogóle znów zobaczyłem miasto. Ale kiedy wracałem, wszystko, czego nauczył mnie dziadek, jakby się uaktywniło. To było jak „aha!”. Chyba nazywają to momentem satori albo epifanią. To było potwierdzenie wszystkiego, co dziadek próbował mi przekazać jako dziecko.

RW: Co więc uświadomiłeś sobie w tak bardzo realny sposób?

CS: W tej skrajnej części naszej planety uświadomiłem sobie, że jestem stworzeniem tej planety, że dosłownie zostałem zrobiony z materii tej planety – że wszyscy jesteśmy. I w tych chwilach uświadomiłem sobie absurd plemienia, granic, kultury, języka – bo w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy zrobieni z tej materii. Wszyscy jesteśmy Ziemianami. Nie ma separacji. Nie ma rozróżnienia. Nikt z nas nie urodził się w kosmosie. Wszyscy powrócimy do materii tej Ziemi.
To, co było tak oczywiste, to to, że stoję na mojej skale w przestrzeni. Rozumiałem ogrom, a zarazem maleńkość tego wszystkiego. Zrozumiałem, że nic nie znaczę w skali czasu, przestrzeni i historii tej planety. Że bezmyślnie przeleci nad moimi zimnymi, martwymi kośćmi. Ale fakt, że mogłem tam stać na lodzie i rzeczywiście rozważać takie rzeczy, był cudem. To było samoświadomość w najczystszej postaci. Uświadomiło mi to, co mój dziadek próbował mi pokazać.
Zacząłem się nad tym zastanawiać: jeśli mój pot stanie się deszczem, czyim potem będzie ten lód? Ilu przodków temu, jakie istoty to stworzyły? Wszyscy są moimi krewnymi, wszyscy moi krewni. I w tym momencie zrozumiałem integralną naturę tej planety – że naprawdę jesteśmy siecią życia. I jak absurdalne jest to, że działamy i myślimy, w tej nowoczesności, że jesteśmy w jakiś sposób oddzieleni albo ponad nią, albo że możemy robić, co chcemy. Więc to było naprawdę takie: wow…
Chyba już ci mówiłam, że po powrocie do domu odkryłam, że jestem w ciąży, kiedy szłam po tym lodzie. Moje dziecko rosło we mnie i towarzyszyło mi przez całą tę podróż. To takie przebudzenie matki.

RW: O mój Boże.

CS: I w dosłownym sensie. Opowiedziałam więc matce mojego chłopaka, Kathan Brown z Crown Point Press, o tym doświadczeniu spotkania z moją planetą. Powiedziała: „Och, muszę to sprawdzić”. I tak zrobiła. Poleciała rosyjskim lodołamaczem o napędzie atomowym na geograficzny Biegun Północny. Miała prawie 70 lat, kiedy tam pojechała. Była tak głęboko poruszona tym doświadczeniem, że chciała o tym napisać. W tym czasie urodziłam dziecko. A ona powiedziała: „Wszyscy musimy pojechać do tego miejsca o nazwie Svalbard”. Nie chciałam już nigdy tak marznąć. Pamiętasz, przeprowadziłam się do Kalifornii. Alaska była naprawdę fajną przygodą, ale dobra. Zrobione, sprawdzone. Rozumiesz?

RW: Zgadza się.

CS: Więc naprawdę się wahałam. Ale ona jest naprawdę przekonująca. To niesamowicie silna i imponująca kobieta. Więc poszłyśmy. W tym czasie urodziło się moje dziecko, a 11 września był już za nami. To była część aktywizacji, która mnie spotkała. Kiedy te budynki się zawaliły, zrozumiałam, że moja córka nigdy nie będzie ich znać tak, jak ja. To był impuls. Kiedy byłam kurierką rowerową, codziennie dostarczałam tam rzeczy. To była część mojego krajobrazu wizualnego. Znałam je, tę przestrzeń. I kiedy się zawaliły, po raz pierwszy uświadomiłam sobie znaczenie zdjęcia jako dokumentu historycznego – że były dowodem na to, że te budynki istniały. Tak samo jak zdjęcia naszych przodków są dowodem na ich istnienie.

RW: Zgadza się.

CS: A drugim impulsem, który skłonił mnie do zostania fotografem, było bombardowanie z powietrza, nie wiem, jakiegoś kraju Bliskiego Wschodu, Iraku albo Afganistanu. Pamiętam, jak oglądałem wiadomości i myślałem, że zmierzamy w złym kierunku, że musi powstać kolejna historia o tym, jak piękne jest życie, jak niesamowita jest ta planeta, jakie mamy szczęście, że mamy to, co mamy.
I w tym momencie ktoś poklepał mnie po ramieniu i powiedział: „Czas. Musisz ruszyć tyłek z kanapy i coś zrobić”. Więc kiedy Kathan zabrał nas na Svalbard, miałem ze sobą wiele różnych aparatów, bo przełącznik został uruchomiony i miałem zamiar to sfotografować.
Nie miałem żadnego planu. Słyszałem tylko pogłoski o zmianach klimatu i globalnym ociepleniu. Więc kiedy tam pojechaliśmy, reakcja była o wiele bardziej emocjonalna. Po prostu zakochałem się w statku łamiącym lód. Zakochałem się w tym stłumionym dźwięku w tym otoczeniu. Wiecie, kiedy pada śnieg, dźwięk nie rozchodzi się w ten sam sposób.
W ramach podziękowania za zabranie nas tam, postanowiliśmy zabrać ją na Antarktydę na święta. Moja córka skończyła pięć lat, kiedy podróżowaliśmy na Antarktydę w 2005 roku – w grudniu 2004 i styczniu 2005 roku. Pojechaliśmy do miejsca zwanego Morzem Weddella. W tym rejonie zobaczyłem swoją pierwszą gigantyczną, tablicową górę lodową. Kiedy mówię gigantyczna, mam na myśli wielkość bloków miejskich na Manhattanie. Mieliśmy też szalonego norweskiego kapitana, który prowadził nas między kanionami gór lodowych. Były tam te ogromne góry lodowe, 60, 75 metrów nad poziomem morza. Z niektórych z nich spadały wodospady.

RW: O mój Boże.

CS: A niektóre z nich miały te świecące neonowe pasy, żeby dać przedsmak tego, co jest pod spodem, czyli kolejnych 240-300 metrów lodu. Pamiętam, jak pierwszy raz je zobaczyłem, dosłownie się trząsłem, bo miałem zwarcie. Myślałem: „O mój Boże, ile to czasu? Ile to płatków śniegu? Ilu przodków?”. Rozumiesz?

RW: Wow.

CS: Jaki proces się wydarzył, że to wszystko stanęło przede mną? I co mnie błogosławi, że mam przywilej być świadkiem tego, jak woda wraca do morza? — może 100, 200 000 lat po tym, jak płatki śniegu opadły i ponownie stały się częścią cyklu. Od tamtej pory miałem kilka podobnych doświadczeń, ale to było jedno z pierwszych, kiedy byłem po prostu ogarnięty podziwem. Przypomniałem sobie ekstazę Maryi, albo św. Teresy, czy coś w tym stylu — tę piękną rzeźbę w Bazylice św. Piotra. To był ten moment ekstazy, kiedy uświadomiłem sobie, jak maleńki jestem, a jednocześnie jak niesamowite jest stworzenie.
Więc te zdjęcia pokazano redaktorowi National Geographic. Robiłem to po prostu sam. To była kompulsywna ciekawość. Nikt mnie do tego nie zlecił. Nikt mi za to nie zapłacił. Powiedzieli, że musimy docenić twój wysiłek. Więc dają mi nagrodę i trochę pieniędzy. Samo posiadanie pieczęci National Geographic dało mi dostęp do wyprawy rosyjskim lodołamaczem na drugą stronę Antarktydy. Na tym statku był rosyjski fotograf wyprawy, Paweł Oczinicow. Paweł cały czas pytał: „Jak to zrobimy? Jeśli chcę to zrobić, jak mam ustawić aparat?” — zadawał wszystkie te techniczne pytania. Był naprawdę miły. Na koniec powiedział: „Wiesz, powinieneś dostać tę pracę. Byłbyś w tym naprawdę dobry”. Więc dał mi wizytówkę firmy i zostałem zatrudniony jako fotograf wyprawy.

RW: Dla Rosjan?

CS: Najpierw dla Rosjan, potem dla Kanadyjczyków, potem dla Norwegów, a potem dla ludzi z Monako. Zostałam zatrudniona w wielu różnych firmach i ostatecznie zostałam rozchwytywaną fotografką na statkach.

RW: Wow, więc robiłeś to przez kilka lat.

CS: Tak, od 2006 do 2011 roku. Pięć lat w tę i z powrotem; od jednego do trzech miesięcy w Arktyce latem, a potem od jednego do trzech miesięcy na Antarktydzie zimą – każdego roku. To daje do sześciu miesięcy na morzu w środowisku polarnym. Więc lubię mówić, że jestem dwubiegunowy.

RW: [śmiech] Jasne.

CS: I naprawdę tak było. Kilka rzeczy stało się dla mnie obcych, na przykład drzewa. Będąc w regionach polarnych, nie ma tam drzew. A potem, kiedy wracasz, myślisz sobie: „O, spójrz na to! Jakie to piękne. Takie zielone. I to, o mój Boże, wystaje z ziemi!”. Bo spędzałem miesiące, nie widząc niczego, co zakłócałoby horyzont. I inną rzeczą, która była naprawdę interesująca, było światło dzienne. Tak przyzwyczaiłem się do tego, że godzina 2:00 w nocy wyglądała jak dzień, że kiedy wracałem do domu po wyprawie i była noc, trochę się wkurzałem. Niebo pociemniało! Jak to się stało? Gdzie się podziało słońce? Czy wszystko w porządku? To było całkiem szalone.
Te dwie rzeczy były trochę dziwne. Potem, w 2007 roku, ONZ ogłosiło, że zmiana klimatu jest faktem. Mój telefon zaczął dzwonić. Moja pierwsza wystawa odbyła się w Muzeum Narodowej Akademii Nauk w Waszyngtonie. Powiedziałem im, że nigdy nigdzie nie wystawiałem swoich prac. Powiedzieli: „Nic nas to nie obchodzi”. Więc dali mi pierwszą w życiu wystawę indywidualną.

RW: To niesamowite.

CS: Potem moja pierwsza odbitka została zakupiona przez muzeum Uniwersytetu Michigan. Nie wiedziałem nic o nakładach, rozmiarach ani niczym takim. Powiedziałem: „Oddzwonię”.

RW: Wspomniałeś, że byłeś mentorem fotografa National Geographic, prawda?

CS: Steve McCurry. W okresie między wyjazdem na Svalbard z Kathan a Antarktydą z Kathan – od sierpnia 2003 do sierpnia 2004 roku – pojechałem do Tybetu ze Stevem McCurrym.
Kiedy nadeszła dla mnie pora na bycie fotografem, pomyślałem, że nie ma mowy, żebym wrócił do szkoły. Ale miałem kilka pytań. Zdałem sobie sprawę, że najlepszym sposobem na zrobienie czegoś jest po prostu zadzwonić do ludzi, którzy coś zrobili, i zapytać: „Jak to zrobiłeś?” — i uczyć się od nich bezpośrednio. Zadzwoniłem więc do Sebastiao Salgado i zapytałem: „Jak zachowujesz się wśród głodujących ludzi? Jakie są zasady savoir-vivre'u? Czy jesz, czy odchodzisz i jesz? Co robisz?”. Takie tam.

RW: Rozmawiałeś z nim? Czy to mu odpowiadało?

CS: O tak. Ale byli tacy, którzy mówili: „Nie mogę ci pomóc”. Czuli się zagrożeni.

RW: Po pierwsze, to całkiem logiczne, ale wiele osób nie miałoby odwagi, żeby tak myśleć.

CS: Wiem o tym.

RW: Świetnie, że to zrobiłeś.

CS: Myślę, że to dlatego, że po pierwsze, czułem, że zostałem powołany do służby. Nie było czasu na obijanie się. Nie chodziło o mnie ani o to, że byłem nieśmiały.

RW: Okej.

CS: Musiałem się rozpędzić, żeby móc robić to, po co tu jestem. I nie było czasu na takie gadanie w stylu: „Och, przepraszam”. Rozumiesz, o co mi chodzi?

RW: Potwierdzam.
Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

2 PAST RESPONSES

User avatar
Kristin Pedemonti Dec 1, 2013

so inspired. What an amazing life Camille has lived and shared with us. I LOVE her stories of the connection to all things and seeing everything as Living as a Being. I also resonated with how she trusted serendipity and found her calling. Thank you so much for sharing her story.

User avatar
Guest Dec 1, 2013

This interview was very inspiring! We often don't think about the back stories of people behind their careers and what led them to their profession. I highly recommend everyone to go observe her photography on her website; definitely some great shots to be have regarding a place full of cold water and glaciers everywhere! Thank you for sharing this article, it really connected her craft with her history (which was a very interesting one at that!)