
Paul Kingsnorth bada zbiorowy strach przed przyszłością i postępową koncepcję kolonizacji kosmosu. Wzywa nas do odwrócenia złudzeń stworzonych przez nasze społeczeństwo techno-przemysłowe.
Było prawdopodobnie najbardziej popularne w latach 50., gdy nowe społeczeństwo konsumpcyjne zaczęło pewnie zjeżdżać z linii produkcyjnej, a wiek literackiej fantastyki naukowej prawdopodobnie osiągnął swój szczyt. Było szczególnie popularne wśród dzieci, które czytały o nim w komiksach o tytułach takich jak Fantastic Adventures i Planet Stories . Jednak wielu dorosłych było równie przekonanych do oferowanej obietnicy. Dość powszechnie zakładano, że do roku 2000 obietnica zostanie dotrzymana, a ludzkość odniesie z tego ogromne korzyści.
Nie trwało długo, zanim ten optymizm osłabł, a przez kilka dekad idea ta zdawała się znikać z powszechnej świadomości. Ale zauważyłem, że w ciągu ostatnich kilku lat ta stara obietnica znów pojawiła się w powszechnej świadomości. Tym razem jednak ma inny smak. Tym razem wydaje się bardziej groźbą.
Mówię o ludzkiej kolonizacji innych światów. Nawet pisanie tych słów wydaje się ekscentryczne, ale nie ma wątpliwości, że wiara w potrzebę ludzkości – być może jej przeznaczenie – kolonizacji księżyca, Marsa lub innych znanych lub nieznanych światów, przeżywa dziwny rodzaj powrotu kulturowego. Nieważne, że nie jest to teraz bardziej praktyczne niż w latach 50. Nieważne, że nie wydaje się prawdopodobne, aby mogło się to wydarzyć za życia kogokolwiek żyjącego dzisiaj, jeśli w ogóle. Praktyczność nie jest sednem sprawy: to fantazja, motyw. To środek zbawienia.
W optymistycznych latach 50., kiedy wszędzie obiecywano obfitość dóbr materialnych, rozpoczynał się wyścig kosmiczny, a znaczna część populacji świata zachodniego wciąż ekscytowała się możliwościami oferowanymi przez nowe technologie i pożyteczną, autorytatywną naukę, pomysł, że pewnego dnia ludzie rozszerzą swoje zasięgi na inne światy, wydawał się po prostu nieuniknionym postępem. Pamiętam, że sam w to wierzyłem w szkole pod koniec lat 70. i na początku lat 80. To była przyszłość i wyglądała wspaniale. Pochłaniałem powieści Isaaca Asimova w tempie węzłów. Nie mogłem się tego doczekać.
Myślę, że to właśnie ten strach przed przyszłością, to poczucie zbliżającej się apokalipsy, to poczucie, że uwolniliśmy potwora, nad którym nie mamy już kontroli, dało początek najnowszym wybuchom fali oskarżeń o kolonizację innych światów.
Dzisiaj świat jest innym miejscem. Popularna wiara w naukę i technologię wyschła, zastąpiona powszechnym, choć często niewypowiedzianym strachem. Od biotechnologii po geoinżynierię, od bezzałogowych dronów po nadzór internetowy, demokratyczna obietnica technologii została przekształcona w autorytarne zagrożenie. Tymczasem ta wizja postępu napędzanego nauką wyrządziła tyle samo szkód, co przyniosła poprawę. Wraz ze zmianą klimatu, szóstym masowym wymieraniem, oceanem pływającym w naszych odpadach przemysłowych, z naszym własnym chemicznym cofaniem się w naszym mleku kobiecym i krwiobiegu, świat jest trudniejszy do znalezienia głosu dla techno-optymistów. Otworzyliśmy pudełko i zobaczyliśmy, dokąd prowadzi nasza ambicja, i chociaż możemy szybko je zamknąć i odwrócić wzrok, jest już za późno na jakąkolwiek niewinność.
Myślę, że to właśnie ten strach przed przyszłością, to poczucie zbliżającej się apokalipsy, to uczucie, że uwolniliśmy potwora, który jest teraz poza naszą kontrolą, dało początek najnowszemu wybuchowi na temat kolonizacji innych światów. Tym razem pomysł nie jest unoszony przez falę optymizmu i nadziei, ale zabarwiony desperacją, smutkiem, a czasem nawet gniewem. Tym razem nie jest to nasza kolejna ekscytująca przygoda, ale nasza ostateczna nadzieja.
Tylko w ciągu ostatnich kilku lat widziałem wielu ludzi, którzy powinni wiedzieć lepiej, spekulujących na temat tego, jak kolonizacja Marsa może być najlepszą perspektywą ludzkości na znośną przyszłość. Logika graniczy z psychopatią: Zniszczyliśmy tę planetę do tego stopnia, że nie ma odwrotu; jest tu zbyt wielu ludzi, nasze systemy polityczne nie są w stanie powstrzymać naszych ambicji technologicznych lub ekonomicznych, a indywidualna chciwość i pożądanie wymykają się spod kontroli. Nie ma możliwości, aby siedem miliardów ludzi mogło żyć takim stylem życia, jakiego najwyraźniej chcą, bez niekończących się konfliktów i ekologicznej destrukcji.
Rozwiązanie? Nie zmiana siebie, ale znalezienie innej planety, na której można będzie odtworzyć ten sam scenariusz. Jeśli zaczniemy przenosić ludzi „poza świat”, będziemy mieli nowe granice do eksploracji. Presja na Ziemię zostanie zmniejszona. Będziemy uratowani, dzięki naszej przebiegłości, przed konsekwencjami naszej przebiegłości.
Niektóre z głosów, które domagały się od ludzi, aby zbudowali swoją obecność na innych światach, były wystarczająco przewidywalne. Na przykład astronauta Buzz Aldrin, weteran tych optymistycznych czasów, w zeszłym roku wzywał do „amerykańskiej trwałości na planecie Mars” w ciągu dwóch dekad. Stephen Hawking, prawdopodobnie najsłynniejszy naukowiec na świecie, niedawno nalegał, że „musimy kontynuować podróże w kosmos dla ludzkości... Nie przetrwamy kolejnych 1000 lat, nie uciekając z naszej kruchej planety”.
Fizykom i astronautom można wybaczyć ich marzenia na jawie, ale nie są już sami. Nowe wątki zostały wplecione w optymistyczną retorykę kosmiczną z dawnych czasów, a jednym z najczęstszych jest sugestia, że kolonizacja innych światów zapewni ludziom nową przestrzeń do ekspansji - i, być może co najważniejsze, może zaoferować nowe zasoby dla zabawek, gadżetów i maszyn, które wydobywamy na śmierć, aby zdobyć naszą planetę. Pisząc w magazynie dla milionerów Forbes w zeszłym roku, pisarz technologiczny James Conca przedstawił tę sprawę w sposób jaskrawy: „Rosnące niedobory kluczowych pierwiastków nieorganicznych, takich jak pierwiastki ziem rzadkich do wszystkich naszych gadżetów elektronicznych i systemów energii odnawialnej, platyna i inne pokrewne metale... sugerują, że możemy potrzebować więcej nieodnawialnych zasobów, niż Ziemia może zapewnić” - wyjaśnił.
Być może społeczeństwo techno-przemysłowe, łechcące się na własnej niezniszczalności, wszędzie napotyka przeszkody i nie dysponuje intelektualnym i duchowym zapleczem, które pozwoliłoby mu uporać się z bałaganem.
Teraz znajdziesz takie argumenty w każdej niszy w internecie: potrzebujemy więcej miejsca, potrzebujemy więcej rzeczy, a nie możemy ich znaleźć tutaj. Może są „gdzieś tam”! Połącz ten pakiet ślepej chciwości i pożądania z długością imperialnej bombastyczności - upieraj się, że eksploracja kosmosu jest odpowiednikiem eksploracji oceanów w dawnych czasach, że to nasze prawo i nasze przeznaczenie - a będziesz miał zupełnie nową fantastyczną mitologię w swoich rękach. Teraz planeta, która nas stworzyła, powstrzymuje nas przed osiągnięciem naszego potencjału. Zauważ, jak Hawking mówi o „ucieczce” z Ziemi, jakby jedyna żywa planeta, jaką znamy, źródło wszelkiego życia, była więzieniem, a martwa próżnia kosmosu oferowała czyste powietrze wolności. Potrzeba dziwnego umysłu, żeby w to uwierzyć. Być może potrzeba błyskotliwego.
W tym samym czasie, gdy to nasiono zaczęło się odradzać w intelektualnej glebie świata przemysłowego, widziałem, jak inne utopijne chwasty zaczynają kwitnąć. Niedawno rozmawiałem z kobietą, która powiedziała mi, że z niecierpliwością czeka na rozwój sztucznej macicy – technologii, która jest obecnie badana – aby kobiety mogły zostać uwolnione od ciężaru ciąży i porodu. Uważała, że będzie to sprzyjać równości płci.
Być może jest to powiązane z ciągle popularnym marzeniem o „osobliwości” – terminem ukutym w latach 50. Osobliwość to punkt, w którym inteligencja maszyn przewyższa inteligencję ludzką, a wszystkie zakłady o przyszłość naszego gatunku (i przypuszczalnie każdego innego gatunku również) są niepewne. Osobliwość to idea, która kiedyś była ograniczona do hipsterskich idealistów z Doliny Krzemowej, ale ostatnio wyrwała się na wolność i zaczyna się szerzej ugruntowywać.
Jest jeszcze wiele innych technologicznych utopizmów, które można by dodać do tej listy: na przykład trwająca krucjata neoekologów, aby użyć biotechnologii do odtworzenia wymarłych gatunków. Albo nawet coraz bardziej dominująca koncepcja ery „antropocenu”, Ery Ludzi, w której zmieniliśmy Ziemię tak radykalnie, że naszą jedyną opcją jest działanie tak, jakbyśmy nie byli po prostu mieszkańcami, ale twórcami: przyjęcie płaszcza bogów, aby naprawić nasze błędy. Dla kultury, która obraca się wokół potrzeby kontroli i głęboko antropocentrycznej idei ludzkiego przeznaczenia, atrakcyjność tej idei jest wystarczająco jasna.
Co mamy o tym sądzić? Czy to jakaś dziwna, szalona gra końcowa? Być może społeczeństwo techno-przemysłowe, nakręcone własnym poczuciem niezniszczalności, uderza wszędzie w mury i nie ma intelektualnego ani duchowego wyposażenia, aby poradzić sobie z bałaganem, który z tego wyniknie. Wszystko, co możemy zrobić, to argumentować za tym, aby było więcej tego samego: więcej pędu naprzód, więcej mediacji technologicznej, więcej kontroli. Czy to coś więcej niż fantazje ludzi, których światopogląd się rozpada? Czy to coś więcej niż urojenia?
Z pewnością wiele z tych fantazji - bo takie właśnie są - zaczyna się rozpadać po zbadaniu. Weźmy na przykład kolonizację Marsa. Pisarz John Michael Greer niedawno zwrócił uwagę na artykuł opublikowany w czasopiśmie Nature w 1997 r. Zespół ekonomistów obliczył, ile wartości wnosi natura do światowej gospodarki, w przeciwieństwie do wysiłku człowieka. Ich wyniki sugerowały, że na każdy dolar amerykański dóbr i usług konsumowanych przez ludzi każdego roku około 75 centów jest dostarczanych bezpłatnie przez ekosystemy Ziemi. Tylko pozostałe 25 centów zostało stworzone przez działalność gospodarczą człowieka. Gdybyśmy mieli skolonizować martwą planetę, taką jak Mars, musielibyśmy jakoś sami stworzyć te 75 procent, wydobywając je ze świata martwych skał i pyłu. Jak mielibyśmy to zrobić? Nie mamy pojęcia. Najprawdopodobniej byłoby to całkowicie niemożliwe.
Jak więc powinniśmy nazwać to chwytanie się brzytwy? Możemy nazwać to idealizmem, a nawet utopią. To wyraźnie obie te rzeczy. Ale być może jest to również coś innego. Być może jest to współczesna forma romantyzmu.
Wyszukaj słowo „romantyczny” w słowniku, a prawdopodobnie znajdziesz definicje takie jak ta: „przesada lub malowniczy fałsz... Poczucie oddalenia od codziennego życia lub jego idealizacja... Wyolbrzymianie lub zniekształcanie prawdy, szczególnie w sposób fantastyczny”. „Romantyczny” to słowo powszechnie używane, często przez osoby idealizujące bazy na Marsie, aby zdyskredytować osoby czerpiące inspirację z przeszłości, a nie z przyszłości. To popularna obelga, która, jak wiele obelg, uwalnia osobę obrażającą od ciężaru myślenia.
„Romantyk” w tych terminach to ktoś, kto patrzy na przeszłość przez „różowe okulary” i pragnie do niej powrócić. Ktoś, kto na przykład idealizuje społeczności wiejskie i kultury niskiego poziomu technologii i nie rozumie surowości i grozy życia przedindustrialnego. „Romantyk” to zazwyczaj burżuazyjny eskapista, który postrzega „naturę” jako przyjazną, a nie groźną, nie zdaje sobie sprawy, że życie przed pojawieniem się antybiotyków i telewizji było paskudne, brutalne i krótkie, i jest w stanie podtrzymywać te poglądy tylko ze względu na swoją uprzywilejowaną pozycję w ochronnej bańce społeczeństwa przemysłowego.
Ale wydaje mi się, że romantyzowanie przeszłości, w naszej kulturze w tym momencie, jest mniej powszechne niż romantyzowanie przyszłości. Jedyną różnicą jest to, że romantyzowanie przyszłości jest społecznie akceptowalne.
Ta karykatura nie jest całkowicie bezpodstawna. Z pewnością istnieje wiele naiwnych wizji przeszłości, a także wiele nierealistycznych ocen teraźniejszości. Ale wydaje mi się, że romantyzowanie przeszłości, w naszej kulturze w tym momencie, jest mniej powszechne niż romantyzowanie przyszłości. Jedyną różnicą jest to, że romantyzowanie przyszłości jest społecznie akceptowalne.
Rozważmy, co łączy te dwa światopoglądy. Jeden z nich spogląda wstecz na okres przeszłości, który jest uważany za lepszy od teraźniejszości i czerpie z niego inspirację. Tak więc „prymitywista” na przykład może spojrzeć wstecz na epokę paleolitu, przed rozwojem rolnictwa, i uznać ją za szczyt rozwoju człowieka. Żyliśmy w harmonii ze światem przyrody, dopóki nie wyhodowano pierwszego ziarna, po czym ześlizgnęliśmy się w przyszłość hierarchii, kontroli i ekologicznej destrukcji. Ponieważ nie ma możliwości powrotu do tego okresu i ponieważ wiemy o nim bardzo niewiele, łatwo jest rzutować na niego nasze emocjonalne potrzeby. Jest to zasadniczo chrześcijańska narracja o Upadku przerobiona na potrzeby ery antykapitalistycznej i ma ten sam pierwotny urok.
Nie jest trudno znaleźć ludzi, którzy pływają w tych wodach. Sam tam pływałem i uważam, że to kusząca i pocieszająca historia. Być może kupowanie takich opowieści jest głupie, a może to po prostu ludzkie. Ale jeśli jest głupie, czy jest gorsze niż oddawanie się fantazjom o bazach księżycowych i zbawieniu przez krzemowy chip? Jaka jest różnica między tymi, którzy projektują swoje potrzeby na przeszłość, a tymi, którzy projektują je na przyszłość? Jaka jest różnica między kimś, kto widzi doskonałość w epoce lodowcowej, a kimś, kto widzi doskonałość w epoce kosmicznej? Może nie zawsze realistyczne jest patrzenie w przeszłość w poszukiwaniu inspiracji, ale przynajmniej wiemy, mniej więcej, jaka była przeszłość. Nie mamy pojęcia, co przyniesie przyszłość. Być może to jest atrakcyjne: przestrzeń jest pusta, pod każdym względem, i to sprawia, że jest wystarczająco duża, aby pomieścić wszystkie nasze marzenia, jakkolwiek barokowe.
Mimo to, jeśli zamierzamy używać słów takich jak „romantyczny”, powinniśmy przynajmniej zrozumieć ich pochodzenie. Ruch romantyczny, który rozkwitł w pierwszej połowie XIX wieku, był reakcją na utylitaryzm XVIII-wiecznego „oświecenia”. Odpowiadał na nieludzki wpływ przemysłu masowego, racjonalizację natury i rosnący nacisk na ludzki rozum, broniąc emocjonalnej, intuicyjnej reakcji na świat przyrody i relacje międzyludzkie. Chociaż dziś jest prawdopodobnie najlepiej znany z poezji Wordswortha lub sztuki niemieckich malarzy pejzażystów, w tamtym czasie był równie głęboko spleciony z radykalną polityką i atakiem na dogmaty materializmu i scjentyzmu. Jeśli czasami idealizował przeszłość, była to prawdopodobnie nieunikniona reakcja na bombastyczne propagowanie przyszłości, które miało miejsce wszędzie.
Osobiście uważam, że słowo „romantyczny” nie powinno być w ogóle używane jako obelga; podobnie jak jego odpowiednik „luddystyczny”, jest to nadużywane określenie historyczne. Ale jeśli musi być - a może jest już za późno, aby odwrócić sytuację - to niech przynajmniej będzie to obelga dla równych szans. Jeśli ma być używane do potępienia tych, którzy idealizują konkretne okresy czasu, niech okresy czasu obejmują zarówno te, które dopiero nadejdą, jak i te, które minęły.
Patrząc w ten sposób, przyszłość bazy marsjańskiej, podobnie jak przyszłość, w której odbudowujemy gołębie wędrowne w laboratoriach, hodujemy dzieci w maszynach i pobieramy naszą świadomość do chipów krzemowych, jest ćwiczeniem romantyzmu ery kosmicznej. Ludzie, którzy są zniesmaczeni wyidealizowaną przeszłością, często ledwo powstrzymują swój entuzjazm dla wyidealizowanej przyszłości. A gdy pojawiają się sprzeciwy, mogą ubierać swoje wizje w język moralny: musimy uratować planetę, musimy zapewnić ludziom nową przestrzeń do rozwoju i zaspokojenia ich stale rosnących potrzeb. Spodziewaj się usłyszeć więcej na ten temat w nadchodzących latach, ponieważ sytuacja tutaj na Ziemi staje się coraz bardziej rozpaczliwa.
Jednakże to, co możemy zrobić, gdy mamy do czynienia z wizją, która projektuje ideał na przyszłość lub przeszłość, to przeanalizować naszą osobistą potrzebę ulegania złudzeniom.
Co z tym zrobić? Odpowiedź na to pytanie, jak to często bywa, wydaje mi się bardziej osobista niż polityczna. Nie ma sposobu, aby powstrzymać to społeczeństwo przed romantyzowaniem postępu i technologii, i nie ma sposobu, aby powstrzymać je przed ostrym krytykowaniem wizji rozwoju na skalę ludzką i ekologicznego. Będzie to robić, dopóki jego własne ramy intelektualne, a prawdopodobnie także fizyczne, nie zawalą się pod jego własnym ciężarem. Te postawy są wpisane w nasze DNA ery kosmicznej.
Ale co możemy zrobić, gdy wizja, która projektuje ideał na przyszłość lub przeszłość, to zbadać naszą osobistą potrzebę bycia oszukanym. Zaangażuj się w rozmowę z którymkolwiek z wielkich nauczycieli duchowych świata lub wieloma świeckimi filozofami, a natkniesz się na twierdzenie, że większość z nas, przez większość czasu, jest uwikłana we własne złudzenia. To znaczy, że tworzymy własne mentalne mapy świata, za pomocą których poruszamy się po jego trudnych szlakach, i jesteśmy ogromnie niechętni, aby te mapy nam odbierano lub aby kwestionowano jakiekolwiek wskazówki na nich wydrukowane. Te mapy mogą być religijne, filozoficzne, polityczne lub w jakiejkolwiek odmianie tych rzeczy. Ale oznaczają one, że gdy patrzymy na świat, nie widzimy samego świata, widzimy nasze własne postrzeganie go, a to postrzeganie jest zabarwione naszymi własnymi emocjonalnymi potrzebami.
Więc jeśli musimy wierzyć w postęp, będziemy wierzyć w postęp. Jeśli musimy wierzyć w Apokalipsę, będziemy w nią wierzyć. Jeśli musimy zaprzeczać istnieniu zmian klimatycznych lub wierzyć, że możemy wrócić do plejstocenu lub do przodu, do marsjańskiej przyszłości, będziemy wierzyć w te rzeczy i dopóki chcemy w nie wierzyć, nic nie wyrwie nam tych map z rąk.
Celem urojeń jest pocieszenie nas, a nasze urojenia ery kosmicznej pocieszają nas na poziomie cywilizacyjnym. Najlepszym sposobem na ich obejście jest prawdopodobnie zbadanie naszych własnych map mentalnych - a zatem naszych własnych umysłów - i próba odwrócenia ich, gdy się pojawią. To praca na całe życie, ale być może ostatecznie jest to jedyna praca.
„Wszystko, czym jesteśmy” – wyjaśnił Budda 2500 lat temu – „jest wynikiem tego, co myśleliśmy. Umysł jest wszystkim. Stajemy się tym, co myślimy”. Widzimy, czym staje się nasza cywilizacja i dokąd zmierza. Jakie złudzenia cię tu sprowadziły – i jak zaczynasz się ich pozbywać?
Ilustracja autorstwa Alexa Schomburga
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
4 PAST RESPONSES
JohnGregor is being kind when he uses the word 'garbage.' Seriously, this kind of pessimistic rant isn't exactly why I subscribed to the daily good.
JohnGregor speaks the truth. This article is well below the usual standards of Daily Good. Why was it highlighted? It is no more than an overwritten diatribe full of blame, arrogance, cynicism and pessimism, justified by a shallow interpretation of a quote from Buddha. The author should examine his own belief in delusions. Sorry Daily Good, but you missed the mark on this one.