Dlaczego „każdy spacer jest rodzajem krucjaty”.
„Wyjdź i spaceruj. To jest chwała życia” – napominała Maira Kalman w swoich wspaniałych wspomnieniach wizualnych . Półtora wieku wcześniej inny niezwykły umysł przedstawił piękny i ponadczasowy argument na rzecz tej podstawowej, nieskończenie satysfakcjonującej, a jednak obecnie zagrożonej ludzkiej aktywności.
Henry David Thoreau był człowiekiem o niezwykłej mądrości w kwestiach od optymizmu po prawdziwe znaczenie „sukcesu”, kreatywne korzyści z prowadzenia pamiętnika i największy dar starzenia się . W swoim traktacie z 1861 r. Walking ( bezpłatny e-book | public library | IndieBound ), napisanym siedem lat po Walden , stara się nam przypomnieć, jak ten pierwotny akt mobilności łączy nas z naszą podstawową dzikością, źródłem duchowej witalności metodycznie wysychającym przez naszą siedzącą cywilizację.
Ilustracja D.B. Johnsona z książki dla dzieci o filozofii Thoreau pt. „Henry Hikes to Fitchburg”.
Mając na celu „postrzeganie człowieka jako mieszkańca lub część i paczkę Natury, a nie członka społeczeństwa”, ponieważ „istnieje wystarczająco dużo mistrzów cywilizacji”, Thoreau twierdzi, że geniusz chodzenia nie polega na mechanicznym stawianiu jednej stopy przed drugą w drodze do celu, ale na opanowaniu sztuki przechadzki . (W jednym z kilku wspaniałych dygresji Thoreau oferuje prawdopodobnie najlepszą definicję „geniuszu”: „Geniusz to światło, które czyni ciemność widoczną, jak błysk błyskawicy, który być może rozbija samą świątynię wiedzy — a nie świeca zapalona przy ognisku rasy, która blednie przed światłem zwykłego dnia”. ) Jako zapalony praktyk pieszych wędrówek Thoreau wychwala przechadzki jako coś zupełnie innego:
Spotkałem w swoim życiu tylko jedną lub dwie osoby, które rozumiały sztukę chodzenia, to znaczy spacerowania — które miały, że tak powiem, geniusz w przechadzaniu się, co pięknie wywodzi się od „ludzi próżniaków, którzy włóczyli się po kraju w średniowieczu i prosili o jałmużnę pod pretekstem udania się a la Sainte Terre, do Ziemi Świętej, aż dzieci wykrzykiwały: „Tam idzie Sainte-Terrer”, przechadzający się, Świętej Ziemi. Ci, którzy nigdy nie chodzą do Ziemi Świętej podczas swoich spacerów, jak udają, są w istocie zwykłymi próżniakami i włóczęgami; ale ci, którzy tam chodzą, są przechadzającymi się w dobrym tego słowa znaczeniu, takimi, jakie mam na myśli. Niektórzy jednak wywodzą to słowo od sans terre, bez ziemi lub domu, co zatem w dobrym tego słowa znaczeniu będzie oznaczać nieposiadanie konkretnego domu, ale wszędzie jednakowo u siebie. Bo to jest sekret udanego przechadzki. Ten, kto cały czas siedzi w domu, może być największym włóczęga ze wszystkich; lecz wędrowiec, w dobrym tego słowa znaczeniu, nie jest bardziej włóczęgą niż meandrująca rzeka, która cały czas usilnie poszukuje najkrótszej drogi do morza.
Głosząc, że „każdy spacer jest rodzajem krucjaty”, Thoreau ubolewa — zauważ, półtora wieku przed naszym obecnym osiadłym społeczeństwem — nad naszą rosnącą cywilizacyjną oswojonością, która opętała nas do tego stopnia, że przestaliśmy podejmować „wytrwałe, niekończące się przedsięwzięcia”, tak że nawet „nasze wyprawy są niczym więcej niż wycieczkami”. Z dramatycznym zacięciem przedstawia duchowe warunki wymagane od prawdziwego piechura:
Jeśli jesteś gotowy opuścić ojca i matkę, brata i siostrę, żonę i dziecko oraz przyjaciół i nigdy ich już nie zobaczyć, jeśli spłaciłeś swoje długi, sporządziłeś testament, uregulowałeś wszystkie swoje sprawy i jesteś wolnym człowiekiem, to jesteś gotowy na spacer.
[…]
Żadne bogactwo nie jest w stanie kupić niezbędnego czasu wolnego, wolności i niezależności, które są kapitałem tego zawodu… Aby zostać piechurem, potrzebna jest bezpośrednia dyspensa z Nieba.
Ilustracja Mairy Kalman z książki „My Favorite Things”.
Recepta Thoreau, z pewnością, nie jest ani dla osób o słabym ciele, ani dla tych, którzy z powodzeniem tkwią w kołowrotku chomika od dziewiątej do piątej. Twierdząc, że zachowanie „zdrowia i ducha” wymaga „przechadzki po lasach, wzgórzach i polach” przez co najmniej cztery godziny dziennie, ubolewa nad losem mniej szczęśliwych i pozostawia czytelnika z pytaniem, co mógł powiedzieć o dzisiejszym pracowniku biurowym przywiązanym do biurka:
Kiedy czasem przypominam sobie, że mechanicy i właściciele sklepów nie tylko całe przedpołudnie, ale i całe popołudnie siedzą w swoich sklepach ze skrzyżowanymi nogami, tak wielu z nich — jakby nogi te były stworzone do siedzenia, a nie do stania czy chodzenia — myślę, że należy im się uznanie za to, że nie popełnili wszyscy samobójstwa dawno temu.
[…]
Jestem zdumiony wytrzymałością, nie wspominając o moralnej nieczułości moich sąsiadów, którzy całymi dniami, tygodniami, miesiącami, a nawet latami siedzą w sklepach i biurach.
Oczywiście, żebyśmy nie zapomnieli, Thoreau był w stanie przechadzać się po lasach, wzgórzach i polach w niemałym stopniu dzięki wsparciu mamy i siostry, które przynosiły mu świeżo upieczone pączki, gdy wyrzekał się cywilizacji . W rzeczywistości, biorąc pod uwagę epokę, w której pisał, rzuca on słodko-współczujące słowa na marginesie na temat historycznego braku mobilności kobiet:
Jak kobiety, które jeszcze bardziej niż mężczyźni są ograniczone do domu, to znoszą, nie wiem; mam jednak podstawy podejrzewać, że większość z nich w ogóle tego nie wytrzymuje.
Thoreau zwraca uwagę, że wychwalane przez niego chodzenie nie ma nic wspólnego z użytecznością transportową czy ćwiczeniami fizycznymi — jest to raczej duchowe przedsięwzięcie podejmowane dla samego siebie:
Wędrówki, o których mówię, nie mają w sobie nic wspólnego z ćwiczeniami, jak to się nazywa, tak jak chorzy biorą lekarstwa o określonych porach — jak huśtanie hantlami lub krzesłami; ale są same w sobie przedsięwzięciem i przygodą dnia. Jeśli chcesz ćwiczyć, idź na poszukiwanie źródeł życia. Pomyśl o huśtających się hantlach człowieka dla jego zdrowia, gdy te źródła bulgoczą na odległych pastwiskach, których nie szuka!
Ilustracja D.B. Johnsona z książki dla dzieci o filozofii Thoreau pt. „Henry Hikes to Fitchburg”.
Thoreau twierdzi, że aby móc uprawiać tego rodzaju turystykę, musimy na nowo nawiązać kontakt z naszą dziką naturą:
Kiedy spacerujemy, naturalnie kierujemy się na pola i do lasów: co by się z nami stało, gdybyśmy spacerowali tylko po ogrodzie lub w centrum handlowym?
[…]
Daj mi dzikość, której spojrzenia żadna cywilizacja nie zniesie — jakbyśmy żywili się szpikiem koodoo pożeranym na surowo.
[…]
Życie składa się z dzikości. Najbardziej żywy jest najbardziej dziki.
[…]
Wszystkie dobre rzeczy są dzikie i darmowe.
Można się tylko zastanawiać, w jaki sposób Thoreau zniósłby ten groźny zbiór cywilizacyjnych przepisów nad stawem Walden, swoim ukochanym skrawkiem dziczy. (Zdjęcie: Karen Barbarossa)
Ale jego najbardziej proroczy punkt dotyczy idei, że do przechadzki — jak do każdej czynności odżywiającej duszę — należy podchodzić z nastawieniem na obecność, a nie na produktywność . Trudno sobie wyobrazić, że człowiek, który mieszkał w leśnej chacie w połowie XIX wieku, mógł mieć tak niezwykły wgląd w nasz toksyczny, współczesny kult zabiegania, a jednak uchwycił on ideę, że „zajęcie to decyzja” z zadziwiającą elegancją:
Jestem zaniepokojony, gdy zdarza się, że przeszedłem milę w głąb lasu ciałem, nie docierając tam duchem. Podczas popołudniowego spaceru chętnie zapomniałbym o wszystkich porannych zajęciach i obowiązkach wobec społeczeństwa. Ale czasami zdarza się, że nie mogę łatwo opuścić wioski. Myśl o jakiejś pracy przebiega mi przez głowę i nie jestem tam, gdzie jest moje ciało — jestem nieprzytomny. Podczas spacerów chętnie odzyskałbym zmysły. Co mam robić w lesie, jeśli myślę o czymś poza lasem?
Ilustracja Emily Hughes z książki „Dzika droga”.
Walking , który jest dostępny jako darmowy ebook , jest energiczną i niezwykle orzeźwiającą lekturą w całości, ponieważ Thoreau kontynuuje eksplorację przydatności bezużytecznej wiedzy, bezużyteczności imion i tego, jak własność prywatna zabija naszą zdolność do dzikości. Uzupełnij ją Mairą Kalman o spacerze jako kreatywnym stymulancie i kognitywistyce, jak spacer wzdłuż jednego bloku miasta może na zawsze zmienić sposób, w jaki postrzegasz świat.






COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
2 PAST RESPONSES
I now have the name for the way I take my walks: in the park, along the river, across the bridge to another section of the city. Sauntering! I love even the sound of the word!
Here's to the wonders of walking and wandering and pondering!