Kiedy miałem sześć lub siedem lat i dorastałem w Pittsburghu, zwykłem
wziąłem cennego pensa i ukryłem go, aby ktoś inny go znalazł. To był dziwny przymus; niestety, nigdy więcej mnie nie pochłonął. Z jakiegoś powodu zawsze „ukrywałem” pensa na tym samym odcinku chodnika wzdłuż ulicy. Kołysałem go na przykład u korzeni sykomory lub w dziurze pozostawionej przez odłupany kawałek chodnika. Następnie brałem kawałek kredy i, zaczynając od jednego z końców bloku, rysowałem ogromne strzałki prowadzące do pensa z obu stron. Po tym, jak nauczyłem się pisać, oznaczałem strzałki: NIESPODZIANKA PRZED NAMI lub PIENIĄDZE W TĄ DROGĘ. Byłem bardzo podekscytowany, podczas całego tego rysowania strzałek, myślą o pierwszym szczęśliwym przechodniu, który otrzyma w ten sposób, niezależnie od zasług, darmowy dar od wszechświata. Ale nigdy się nie czaiłem. Szedłem prosto do domu i nie poświęcałem tej sprawie więcej uwagi, aż po kilku miesiącach znów ogarniała mnie chęć ukrycia kolejnego pensa.
Nadal jest pierwszy tydzień stycznia, a ja mam świetne plany. Myślałem o tym, żeby zobaczyć. Jest wiele rzeczy do zobaczenia, niezapakowanych prezentów i darmowych niespodzianek. Świat jest dość usiany i usiany monetami rzucanymi bokiem przez hojną rękę. Ale — i o to właśnie chodzi — kogo ekscytuje zwykły grosz? Jeśli podążysz za jedną strzałką, jeśli przycupniesz nieruchomo na brzegu, aby obserwować drżącą falę na wodzie i zostaniesz nagrodzony widokiem młodego piżmaka wypływającego ze swojej nory, czy uznasz ten widok za kawałek miedzi i pójdziesz swoją żałosną drogą? To naprawdę skrajna bieda, kiedy człowiek jest tak niedożywiony i zmęczony, że nie schyla się, aby podnieść grosz. Ale jeśli pielęgnujesz zdrowe ubóstwo i prostotę, tak że znalezienie grosza dosłownie umili ci dzień, to ponieważ świat jest w rzeczywistości zasadzony w monetach, kupiłeś swoim ubóstwem całe życie. To takie proste. To co widzisz, to to co dostaniesz.
…Przez tydzień we wrześniu ubiegłego roku migrujące czerwonoskrzydłe drozdy żerowały ciężko przy strumieniu z tyłu domu. Pewnego dnia wyszedłem zbadać hałas; podszedłem do drzewa, pomarańczowego Osage, i sto ptaków odleciało. Po prostu zmaterializowały się z drzewa. Zobaczyłem drzewo, potem błysk koloru, potem znowu drzewo. Podszedłem bliżej i kolejne sto drozdów wzbiło się w powietrze. Żadna gałąź, żadna gałązka nie drgnęła: ptaki były najwyraźniej nieważkie i niewidzialne. Albo było tak, jakby liście pomarańczy Osage zostały uwolnione od czaru w postaci czerwonoskrzydłych drozdów; odleciały z drzewa, przykuły mój wzrok na niebie i zniknęły. […] Te zjawiska chwytają mnie za gardło; są darmowymi darami, jasnymi miedziakami u korzeni drzew.
Wszystko polega na tym, żeby trzymać oczy szeroko otwarte.
[...]
Tajemnica widzenia jest zatem perłą wielkiej wartości. Gdybym myślał, że może mnie nauczyć, jak ją znaleźć i zatrzymać na zawsze, szedłbym boso przez setki pustyni za każdym szaleńcem. Ale chociaż perłę można znaleźć, nie można jej szukać. Literatura iluminacji ujawnia to przede wszystkim: chociaż przychodzi do tych, którzy na nią czekają, zawsze jest, nawet dla najbardziej wprawnego i biegłego, darem i całkowitym zaskoczeniem. Wracam z jednego spaceru, wiedząc, gdzie zabijak gnieździ się na polu przy strumieniu i o której godzinie kwitnie wawrzyn. Wracam z tego samego spaceru dzień później, ledwie znając swoje imię. Litanie brzęczą mi w uszach; mój język trzepocze w ustach Ailinon, alleluja! Nie mogę wytworzyć światła; najwięcej, co mogę zrobić, to spróbować stanąć na drodze jego promienia. W głębokiej przestrzeni można żeglować na wietrze słonecznym. Światło, czy to cząstka, czy fala, ma siłę: zakładasz gigantyczny żagiel i odpływasz. Tajemnica widzenia polega na żeglowaniu na wietrze słonecznym. Wyostrz i rozprzestrzeń swego ducha, aż sam staniesz się żaglem, naostrzonym, przezroczystym, burtą aż do najmniejszego powiewu. Kiedy jej lekarz zdjął jej bandaże i zaprowadził ją do ogrodu, dziewczyna, która nie była już ślepa, zobaczyła „drzewo ze światłami w nim”. To dla tego drzewa szukałem w sadach brzoskwiniowych lata, w lasach jesieni i zimy i wiosny przez lata. Pewnego dnia szedłem wzdłuż Tinker Creek, nie myśląc o niczym i zobaczyłem drzewo ze światłami w nim. Zobaczyłem cedr na podwórku, gdzie turkawki żałobne gnieździły się naładowane i przemienione, każda komórka brzęczała płomieniem. Stałem na trawie ze światłami w niej, trawie, która była całkowicie ognista, całkowicie skupiony i całkowicie marzycielski. To było mniej jak widzenie niż jak bycie widzianym po raz pierwszy, powalonym na kolana potężnym spojrzeniem. Powódź ognia osłabła, ale ja nadal zużywam moc. Stopniowo światła w cedrze zgasły, kolory zgasły, komórki rozpaliły się i zniknęły. Nadal dzwoniłem. Przez całe życie byłem dzwonem i nigdy o tym nie wiedziałem, aż do momentu, gdy zostałem uniesiony i uderzony. Od tamtej pory bardzo rzadko widywałem drzewo z lampkami. Wizja przychodzi i odchodzi, przeważnie odchodzi, ale żyję dla niej, dla chwili, gdy góry się otwierają i nowe światło ryczy w szczelinach, a góry trzaskają.
-- Annie Dillard, z „Pielgrzyma nad Tinker Creek”
COMMUNITY REFLECTIONS
SHARE YOUR REFLECTION
7 PAST RESPONSES
I classify as rich and not-obese.
Thank you for clearing my senses.
beautiful images. needed on this cold dark january night. thank you
Nice. Thanks for sharing