Back to Stories

„Ludzie, których Najbardziej kochamy, stają się fizyczną częścią nas, zakorzeniają się W Naszych synapsach, W ścieżkach, Na których Tworzone są wspomnienia”.

John Updike

styl="float:right; wysokość:650px; wysokość linii:21px; szerokość:700px" />

Inną zachodnią hegemonią w kulturze żałoby, zauważa O'Rourke, jest jej prywatyzacja — niewypowiedziana zasada, że ​​żałoba jest czymś, co robimy w prywatności naszego wewnętrznego życia, sami, z dala od opinii publicznej. Chociaż przez stulecia prywatna żałoba była eksternalizowana jako żałoba publiczna, nowoczesność pozbawiła nas rytuałów, które pomogłyby nam poradzić sobie z naszą żałobą:

Zniknięcie rytuałów żałobnych dotyka wszystkich, nie tylko żałobnika. Jednym z powodów, dla których wiele osób nie jest pewnych, jak postępować w obliczu straty, jest brak zasad lub znaczących konwencji i strach przed popełnieniem błędu. Rytuały pomagały społeczności, dając wszystkim poczucie tego, co robić lub mówić. Teraz jesteśmy na morzu.

[…]

Takie rytuały… nie dotyczą tylko jednostki; dotyczą całej społeczności.

Pragnąc „formalizacji żalu, takiej, która mogłaby go uzewnętrznić”, O’Rourke zagłębia się w istniejącą literaturę:

Brytyjski antropolog Geoffrey Gorer, autor książki Death, Grief, and Mourning, twierdzi, że przynajmniej w Wielkiej Brytanii I wojna światowa odegrała ogromną rolę w zmianie sposobu, w jaki ludzie opłakują. Społeczności były tak przytłoczone ogromną liczbą zmarłych, że praktyka rytualnej żałoby po jednostce zanikła. Inne zmiany były mniej oczywiste, ale nie mniej ważne. Coraz więcej osób, w tym kobiety, zaczęło pracować poza domem; w przypadku braku opiekunów śmierć coraz częściej następowała w szpitalnym pieluszku. Rozwój psychoanalizy przesunął uwagę ze wspólnotowego na indywidualne doświadczenie. W 1917 roku, zaledwie dwa lata po tym, jak Émile Durkheim napisał o żałobie jako istotnym procesie społecznym, Freud w swojej książce „Mourning and Melancholia” zdefiniował ją jako coś zasadniczo prywatnego i indywidualnego, internalizując pracę żałoby. W ciągu kilku pokoleń, jak czytałem, doświadczenie żałoby uległo zasadniczej zmianie. Śmierć i żałoba zostały w dużej mierze usunięte ze sfery publicznej. W latach 60. Gorer mógł napisać, że wiele osób wierzyło, że „rozsądni, racjonalni mężczyźni i kobiety potrafią utrzymać żałobę pod całkowitą kontrolą dzięki sile woli i charakteru, tak że nie trzeba jej wyrażać publicznie i oddawać się jej, jeśli w ogóle, w prywatności, tak ukradkiem jak... masturbacji”. Dzisiaj nasza jedyna publiczna żałoba przybiera formę oglądania pogrzebów celebrytów i mężów stanu. Powszechne jest wyśmiewanie takiego żalu jako fałszywego lub podglądackiego („krokodyle łzy”, jak jeden z komentatorów nazwał rozpacz żałobników na pogrzebie księżnej Diany), a mimo to pełni on ważną funkcję społeczną. Leader sugeruje, że jest to bardziej pośrednia wersja praktyki, która sięga czasów żołnierzy w Iliadzie opłakujących wraz z Achillesem poległego Patroklesa.

Przyłapałem się na tym, że kiwam głową na znak uznania dla wniosków Gorera. „Jeśli żałobie odmawia się ujścia, rezultatem będzie cierpienie” — napisał Gorer. „W tej chwili nasze społeczeństwo wyraźnie nie zapewnia tego wsparcia i pomocy. . . . Koszt tej porażki w postaci nędzy, samotności, rozpaczy i niedostosowawczego zachowania jest bardzo wysoki”. Może to nie przypadek, że w krajach zachodnich, w których jest mniej rytuałów żałobnych, osoby pogrążone w żałobie zgłaszają więcej dolegliwości fizycznych w roku następującym po śmierci.

Ilustracja z „Iliady i Odysei: Wielkiej Złotej Księgi” autorstwa Alice i Martina Provensen.

Znajdując ukojenie w pięknej medytacji Marilynne Robinson na temat naszego człowieczeństwa , O'Rourke powraca do własnej podróży:

Nieziemsność straty była tak intensywna, że ​​czasami musiałem wierzyć, że to osobliwe przejście, pewnego rodzaju przywilej, nawet jeśli wszystko, co mi pozostawiło, to jaśniejsze zrozumienie naszego ludzkiego położenia. To dlatego wciąż czułem się przyciągany do odległej pustyni: chciałem, aby przypominano mi, jak to, co numinotyczne, wpływa na zwykłe życie.

Rozmyślając o swojej walce z akceptacją straty matki – jej nieobecności, „nieobecności, która staje się obecnością” – O'Rourke pisze:

Jeśli dzieci uczą się poprzez wystawianie na nowe doświadczenia, osoby pogrążone w żałobie oduczają się poprzez wystawianie na nieobecność w nowych kontekstach. Smutek wymaga ciągłego poznawania świata; każde „pierwsze” powoduje przerwę, którą trzeba zresetować… I tak zawsze czujesz napięcie, dziwny strach — nigdy nie wiesz, jaka okazja otworzy na nowo stratę.

Później dodaje:

Po stracie musisz nauczyć się wierzyć, że zmarły nie żyje. To nie przychodzi naturalnie.

Jednym z najbardziej przerażających efektów żalu jest to, jak na nowo orientuje nas w stosunku do siebie, gdy ukazuje nasz paradoks śmiertelności i rodzącą się świadomość naszej własnej nietrwałości. Słowa O'Rourke'a brzmią z głębokim dyskomfortem naszego wspólnego egzystencjalnego powiązania:

Strach przed śmiercią jest tak pierwotny, że ogarnia mnie na poziomie molekularnym. W najgorszych momentach wywołuje nihilizm. Jeśli mam umrzeć, dlaczego nie zrobić tego od razu? Po co żyć w tej agonii oczekiwania?

[…]

Nie byłem w stanie odsunąć na bok tych pytań: Co mamy zrobić z wiedzą, że umrzemy? Jaką umowę zawierasz w swoim umyśle, aby nie zwariować ze strachu przed trudną sytuacją, trudną sytuacją, w którą nikt z nas świadomie nie wszedł? Możesz wierzyć w Boga i niebo, jeśli masz zdolność do wiary. Albo, jeśli nie masz, możesz zrobić to, co zrobił stoik taki jak Seneka, i odepchnąć okropność, zauważając, że jeśli śmierć jest rzeczywiście wyginięciem, nie będzie boleć, ponieważ jej nie doświadczymy. „Byłoby straszne, gdyby pozostała z tobą; ale z konieczności albo nie nadchodzi, albo odchodzi” – napisał.

Jeśli ta logika nie pociesza, możesz zdecydować, jak Platon i Jonathan Swift, że skoro śmierć jest naturalna, a bogowie muszą istnieć, nie może być złą rzeczą. Jak powiedział Swift: „Niemożliwe jest, aby coś tak naturalnego, tak koniecznego i tak powszechnego jak śmierć, zostało kiedykolwiek zaprojektowane przez Opatrzność jako zło dla ludzkości”. A Sokrates: „Jestem gotów przyznać… że powinienem być zasmucony śmiercią, gdybym nie był przekonany na samym początku, że idę do innych bogów, którzy są mądrzy i dobrzy”. Ale to marna pociecha dla tych z nas, którzy nie mają bogów, do których mogliby się zwrócić. Jeśli kochasz ten świat, jak możesz oczekiwać, że go opuścisz? Rousseau napisał: „Kto udaje, że patrzy na śmierć bez strachu, kłamie. Wszyscy ludzie boją się śmierci, to jest wielkie prawo istot czujących, bez którego cały gatunek ludzki wkrótce zostałby zniszczony”.

A jednak O'Rourke dochodzi do tego samego wniosku, do którego doszedł Alan Lightman w swojej wzniosłej medytacji na temat naszej tęsknoty za trwałością, pisząc:

Bez śmierci nasze życie straciłoby swój kształt: „Śmierć jest matką piękna”, napisał Wallace Stevens. Albo jak mówi postać z White Noise Dona DeLillo: „Myślę, że to błąd tracić poczucie śmierci, nawet strach przed nią. Czy śmierć nie jest granicą, której potrzebujemy?” Nie jest jasne, czy DeLillo chce, abyśmy się zgadzali, ale myślę, że ja tak. Kocham świat bardziej, ponieważ jest ulotny.

[…]

Można by pomyśleć, że życie tak blisko prowizorycznego zrujnuje życie, a czasami rzeczywiście je utrudniało. Ale innym razem doświadczałem świata z mniejszym strachem i większą jasnością. Nie miało znaczenia, czy stałem w kolejce po dodatkowe dwie minuty. Mogłem chłonąć wrażenia koloru, dźwięku, życia. Jak dziwne, że żyjemy na tej planecie i produkujemy pudełka na płatki śniadaniowe, wózki sklepowe i gumę do żucia! Że powinniśmy odnawiać okazałe stare banki i zastępować je sklepami Trader Joe's! Byliśmy mrówkami w cukierniczce, a pewnego dnia cukierniczka się opróżni.

Meteor Perseid nad Parkiem Narodowym Joshua Tree (Zdjęcie: Joe Westerberg / NASA)

Ta świadomość naszej przemijania, naszej znikomości i paradoksalnego powiększenia naszej żywotności, które to powoduje, wydaje się być jedyną pociechą w uścisku żalu, choć wszyscy dochodzimy do tego inaczej. Ojciec O'Rourke'a podszedł do tego z innej strony. Opowiadając o rozmowie z nim pewnej jesiennej nocy — nie sposób nie zauważyć pięknego, choć niezamierzonego, echa pamiętnych słów Carla Sagana — O'Rourke pisze:

„Nadchodzą roje meteorów Perseidy” – powiedział mi. „I jadłem kolację na zewnątrz, a potem leżałem na leżakach i oglądałem gwiazdy, tak jak kiedyś twoja matka i ja” – w pewnym momencie przestał nazywać ją mamą – „i to pomaga. Może to zabrzmieć dziwnie, ale siedziałem tam, patrząc w niebo i pomyślałem: „Jesteś tylko pyłkiem kurzu. A twoje kłopoty i znoje to tylko pyłek pyłku”. I to mi pomogło. Pozwoliłem sobie myśleć o rzeczach, o których bałem się myśleć i czuć. I to pozwoliło mi tam być – być obecnym. Czymkolwiek jest moje życie, czymkolwiek jest moja strata, jest to małe w obliczu całego tego istnienia… Rój meteorów coś zmienił. Wcześniej patrzyłem w drugą stronę przez teleskop: po prostu patrzyłem na to, czego nie było. Teraz patrzę na to, co jest”.

O'Rourke kontynuuje rozważania na temat tej przełomowej cechy straty:

Nie chodzi o to, żeby to przezwyciężyć czy wyleczyć. Nie; chodzi o to, żeby nauczyć się żyć z tą przemianą. Ponieważ strata jest transformacyjna, w dobrym i złym sensie, splątanie zmian, których nie da się wpleść w zwykłe narracyjne szpule. Jest na to zbyt centralna. To nie jest wyjście z kokonu, ale drzewo rosnące wokół przeszkody.

W jednym z najpiękniejszych fragmentów książki O'Rourke uchwyciła duchowe nadawanie sensu śmierci w anegdocie, która przywodzi na myśl relację Alana Lightmana o „transcendentnym doświadczeniu” i pocieszenie Alana Watta w jedności wszechświata . Pisze:

Zanim rozrzuciliśmy prochy, przeżyłem coś dziwnego. Poszedłem na krótki bieg. Nienawidzę biegania na zimnie, ale po tak długim czasie spędzonym w środku zimy byłem pełen entuzjazmu. Lekko pobiegłem przez ogołocone, nagie lasy, minąłem mój ulubiony dom, zatrzymałem się na wysokim wzgórzu i zawróciłem, pędząc drogą, skręcając w lewo. Na ostatnim odcinku przyspieszyłem, powietrze było rześkie i poczułem, że unoszę się nad ziemią. Świat stał się zielonkawy. Jasność śniegu i drzew nasiliła się. Byłem niemal oszołomiony. Zrozumiałem, że za jasnym, płaskim horyzontem krajobrazu drzew kryją się światy wykraczające poza nasze codzienne postrzeganie. Moja matka była tam, niedostępna dla mnie, ale niezatarta. Krew płynęła w moich żyłach, a śnieg i drzewa mieniły się zielonkawym światłem. Przepełniony radością, zatrzymałem się na drodze, czując się jak aktor w dramacie, którego nie rozumiałem i nie musiałem rozumieć. Wtedy pobiegłam podjazdem, otworzyłam drzwi i gdy tylko powietrze zaczęło buchać, jasność zniknęła.

Miałem kiedyś taką intuicję, jako dziecko w Vermont. Wychodziłem z domu, żeby otworzyć bramę na podjazd. Była jesień. Gdy położyłem rękę na bramie, świat stanął w płomieniach, tak jasny jak jesienne liście, a ja wyszedłem z siebie i zrozumiałem, że jestem częścią wspaniałej księgi. To, co znałem jako „życie”, było cienką wersją czegoś większego, którego strony zostały już napisane. Co zrobię, jak będę żył — to już było wiadomo. Stałem tam z rodzajem spokoju brzęczącego w mojej krwi.

O'Rourke, osoba niewierząca, która po raz pierwszy w życiu modliła się, gdy zmarła jej matka, cytuje pełną światła medytację Virginii Woolf na temat ducha i pisze:

To jest najbardziej zbliżony opis tego, co czuję jako moje doświadczenie, na jaki kiedykolwiek natrafiłem. Podejrzewam, że za wełną, nawet wełną żalu, kryje się jakiś wzór; wzór ten może nie prowadzić do nieba ani do przetrwania mojej świadomości — szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby tak było — ale to, że w jakiś sposób jest w naszych neuronach i synapsach, jest dla mnie oczywiste. Nie jesteśmy transparentni dla samych siebie. Nasze tęsknoty są jak grube zasłony poruszane na wietrze. Nadajemy im nazwy. Czego nie wiem, to: czy ta inność — to poczucie niemożliwie realnego wszechświata większego niż nasza zdolność do jego zrozumienia — oznacza, że ​​wokół nas jest jakiś sens?

[…]

Dowiedziałem się wiele o tym, jak ludzie myślą o śmierci. Ale niekoniecznie nauczyło mnie to więcej o mojej zmarłej, gdzie ona jest, czym ona jest. Kiedy trzymałem jej ciało w dłoniach i było tylko czarnym popiołem, nie czułem z nim żadnego związku, ale mówię sobie, że może to wystarczy, aby nadal być materią, aby wejść w ziemię i zostać „zremiksowanym” w jakąś nową część żywej kultury, nową materię organiczną. Być może jest jakaś pociecha w tym ciągłym istnieniu.

[…]

Myślę o mojej matce każdego dnia, ale nie tak często jak kiedyś. Przelatuje mi przez myśl jak kardynał wiosenny, który przelatuje obok twojego oka: zaskakująca, świetlista, śliczna, odeszła.

Share this story:

COMMUNITY REFLECTIONS

1 PAST RESPONSES

User avatar
Michael Aug 20, 2014

My wife was murdered, quite suddenly. I was left with 2 children who were 4 and 6 at the time. In these extracts there is so much desperation and darkness.
In my experience, you start to learn to adjust, to accept, because where does this deep dark despair take you? And wouldnt your loved one, want you to see light at the end of the tunnel!
9 years on, my children are as well adjusted as any other children. I learnt to become a 'Mother' as well as a Father, and most importantly, we all live life to the fullest.
And , I believe, that is our deep purpose, to experience all the wonderful things life has to offer.
We make the most of every minute of every day, and our lives are the richer for it.
And my wife?
Well I believe she is always with us, watching, guiding us, and revelling in the way we embrace life